niedziela, 3 kwietnia 2016

Rozdział 16: Memoriał Wagnera

Ta sytuacja z Włodarczykiem nie miała mieć miejsca. Wcale. Zbliżał się dzień, w którym miał się rozpocząć XIII Memoriał Wagnera w Toruniu. Byłam do tego czasu u Kamili w Grudziądzu.

- I jak tam humor dopisuje? - Spytała Kamila.
- Dobrze. - Uśmiechnęłam się. - Jak na razie. Wiesz. Nie wiedziałam, że on będzie powołany. Tak to bym nie jechała.
- Oj daj spokój nie jedziesz dla niego, tylko żeby kibicować.
- No jo, ale to nie jest dla mnie fajny widok. - Powiedziałam.
- Wiem. - Mruknęła. - Ale tego dnia błagam. Bez skakania sobie do gardeł.
- Ja nawet nie zamierzam się do niego zbliżać. - stwierdziłam i spakowałam biało-czerwony szalik do torby.

Po spakowaniu się do Torunia jak zwykle zrobiłyśmy sobie seans filmowy. Padło na horrory jak zwykle. W pewnym momencie ktoś zadzwonił do przyjaciółki na skypa.

- No serio kto to?
- Kacper...- mruknęła i kliknęła zieloną słuchawkę. - No siema co jest?
- No siema. O Domcia!
- Siema Piechu. - Zaśmiałam się. - Co tam?
- A tak dzwonię pogadać. - Uśmiechnął się. - Wybieracie się na Memoriał, co?
- A no. - Odpowiedziała Kamila. - A ty?
- Może wpadnę. - Zaśmiał się. - A jak tam Dominika się trzymasz?
- Oj dajcie spokój. Toż to nie koniec świata. Dobrze. Póki co. A ty co? Obijasz się?
- A no tak. Trochę można? O której jutro będziecie w Toruniu?
- Jakoś koło 14, a co?
- To może skoczymy szybko na lody czy coś? Dawno się nie widzieliśmy.
- No spoko to możemy przyjechać w sumie jednym pociągiem wcześniej. - Stwierdziłam i spojrzałam na Kamilę.
- No pewnie. Fajnie będzie.
- To spoko - uśmiechnął się szeroko.

Chwilę jeszcze pogadaliśmy i pośmialiśmy się, a potem wróciłyśmy do oglądania filmu. Nie obyło się też bez alkoholu.

- Nasze mamy nas w końcu wyklną. Co sie widzimy to pijemy. - Zaśmiałam się
- Alkoholiczki. - zawtórowała mi. - Ale serio. Demoralizujesz mnie,
- Ja?! A kto non stop chce pić? - Spojrzałam na nią dalej się śmiejąc.

Poszłyśmy spać około 1 w nocy. Następnego dnia, gdy zjadłyśmy śniadanie umalowałyśmy się i ubrałyśmy, po czym pojechałyśmy do Torunia. Robiłyśmy od groma snapów i zdjęć. Po dwóch godzinach dojechałyśmy do Torunia Wschodniego. Wysiadłyśmy z pociągu.

- No to jak teraz idziemy? - Spytałam i włączyłam nawigację.
- Trzy kroki do przodu.
- Jaja sobie robisz? - Spytałam i spojrzałam na nią.
- Nie. - Odpowiedziała z uśmiechem.
- Hej dziewczyny! - Usłyszałyśmy Kacpra.
- O hej! - zawołałam.

Podeszłyśmy do niego i się przytuliłyśmy.

- Domcia jaka ty opalona?
- Szalało się na plaży i grało. - Zaśmiałam się. - Ale obyło się bez oparzeń.
- Tyle dobrego. Jak egzaminy?!
- No zdałam, zdałam. - Wyszczerzyłam się. 95% i 90%.
- No to moje gratulacje! A teraz jazda na lody. - powiedział.

Zaśmialiśmy się wszyscy. Poszliśmy sobie do Lenkiewicza . Usiedliśmy sobie na zewnątrz i zaczęliśmy jeść. Rozmawialiśmy dużo i się śmiałyśmy.

- Na całe 3 dni jesteście?
- Nie no co ty. Tylko dzisiaj. Tyle hajsu nie mamy - powiedziałam. - Ale może w tym sezonie jakoś wpadniemy do Łodzi albo Bełchatowa, ale to większe kombinowanie niż tu.
- No wyobrażam sobie. Ty z Gdańska, ty z Grudziądza to łatwo nie będzie. Nie zgadniecie, kto się o was pytał.
- No zaskocz nas.
- Facu.
- Facu?! - obie spytałyśmy z szokowane. - A co on chciał?
- Chyba was serio zaczął kojarzyć jak Kamcia się z nim pokłóciła, tobie życzenia składał. - Zaśmiał się.
- Takie gwiazdy. - Zaśmiałam się głośno. - W sumie beka.
- No i to jaka. To tym bardziej trzeba wpaść.
- No. - Odpowiedziałam.

Po krótkim epizodzie w lodziarni poszliśmy do nowej areny w Toruniu. Zajęłyśmy swoje miejsca. Jak się okazało Kacper siedział przy nas. Zrobił nam zdjęcie. 

"Dawno niewidziane koleżanki zawsze dobrze widzieć! #MemoriałWagnera #Toruń"

Niedługo po tym Marek Magiera zaczął zagrzewać publiczność do kibicowania. Pierwszy mecz grał Iran z Francją. Cała nasza trójka kibicowała Francji i nie tylko ze względu na Niko Marechala. 
Świetnie się bawiliśmy podczas meczu. Francuzi nie dali szans Persom nawet szans w jednym secie i szybko wygrali z nimi 3:0. Po nim właśnie podeszliśmy śmiało do barierek. Ja jeszcze szybko założyłam koszulkę Skry i byłam zadowolona. Po chwili Niko do nas podszedł i przywitał się z Kacprem, a potem z nami. Zrobiłam sobie z nim zdjęcie. Potem Paulina. Niestety długo nie porozmawialiśmy, ponieważ miała się rozpocząć ceremonia otwarcia Memoriału. Staliśmy przy barierkach i słuchaliśmy jak Magiera przedstawia wszystkie drużyny, a oprócz nich była jeszcze Japonia no i oczywiście Polska. Po odsłuchaniu i odśpiewaniu Mazurka Dąbrowskiego poszliśmy na swoje siedzenia. 

- I jak się bawicie? 
- My jak zawsze zajebiście. - Powiedziałam z uśmiechem. - Spytaj Kamilę.
- Zajebiście to za mało powiedziane. - Powiedziała szybko. 
Zareagowaliśmy na to śmiechem. 
- To jest jej pierwszy mecz reprezentacji. 
- Serio?! 
- mój drugi. - Dodałam.
- Jak to?!
- Pytaj naszych rodziców. - Odpowiedziała moja przyjaciółka. 

Niedługo nadszedł moment, kiedy usłyszałam "Zawsze tam gdzie ty". Łzy napłynęły mi do oczu. Siatkarze się rozgrzewali, a my na stojąco z barwami wysoko uniesionymi w górę zaczęliśmy śpiewać. To był moment, na który czekałam od maja. Po zaśpiewaniu z całą halą ponownie usiedliśmy.


- Czekałam na ten moment od maja! Jak byłam w Ergo Arenie to nie puścili. - Jęknęłam. 
- No co ty? Toć to świętość. 
- No wiem! O matko aż mam łzy w oczach. - Zaśmiałam się.
- A jak się zjeżyłaś. - zauważyła Kamila. 
- Co się dziwisz. - Uśmiechnął się Kacper. 
- Nieczęsto w roli kibica co? - Spytałam.
- No nie, ale atmosfera za każdym razem to petarda. 
- No wiem. - Uśmiechnęłam się. 

I po kilku minutach nadszedł czas na odśpiewanie hymnów. Najpierw jak zawsze hymn gości, czyli Japonii, a potem Mazurek Dąbrowskiego. Jak zawsze a capella i jak zawsze to była magia w tym momencie. Usiedliśmy na krzesełkach. 
Zaczęli przedstawiać podstawowe szóstki. Mecz rozpoczęliśmy podstawowym składem. Na rozegraniu był Drzyzga, na ataku Kuraś, na środku Bieniek i Pit, na przyjęciu Michał Kubiak i Buszek, a na libero tradycyjnie Paweł Zatorski. Jednak było widać, że nasi podstawowi zawodnicy mieli dość ciężkie nogi i grali troszeczkę ospale, co odzwierciedlał wynik 19:16 i 25:24 dla Japonii. nasze Orły jednak postawiły w dość nerwowej końcówce się odgryźć i wygrali pierwszego seta na przewagi 28:26.
W kwadracie dla rezerwowych stał Włodarczyk i ciągle z Karolem i Andrzejem się naszą stronę patrzyli. Zauważyłąm to. Kamila tak samo.

- Spokojnie Domcia. - szepnęła.
- Właśnie, nie zwracaj na niego zbytnio uwagi. - poparł Kacper. 
- Dzięki. - Mruknęłam. 

Nie była to dla mnie łatwa sytuacja, ale jakoś udało mi się skutecznie odwrócić uwagę od niego i skupić na meczu. 
W drugiej partii początek gry po naszej stronie wyglądał zdecydowanie lepiej niż po stronie Japończyków. W drugiej połowie seta przy stanie 15:12, Antiga mógł odetchnąć i zaczął rotować składem. Po udanych atakach Kurka zastąpił Dawid Konarski, a Fabiana Drzyzgę Grzesiek Łomacz, a za Buszka pojawił się Artur Szalpuk. Okazało się, że gra z tymi zawodnikami okazała się jeszcze lepsza niż dotychczas. W partii wygranej do 15 było widać, że mistrzowie świata grają na co dzień w innej lidze niż Japończycy.
W trzecim secie pojawił się dawno nie widziany na parkietach, wykluczony dotychczas przez kontuzję Karol Kłos, a na libero pojawił się Piotrek Gacek. Dalej też grał Artur Szalpuk. Graliśmy na spokojnie, bez żadnej nerwówki. Set zakończył się 25:18. Wygraliśmy 3:0.
To była euforia wszystkich kibiców zebranych w hali. Szybko z Pauliną zeszłyśmy do barierek. Wiadomo Kacper wbił się na boisko, więc on nie musiał się przepychać przez setki kibiców. Ja zaś w końcu doczekałam się wymarzonego zdjęcia z Stephanem Antigą, autografu Pita oraz Marcina Możdżonka. 

- Mama do mnie pisze. Już czekają na parkingu. 
- Dobra to się zwijamy. Ale gdzie jest Kacper? - Spytałam. 
- Gada z Karolem, Andrzejem i... Włodim. 
- Zawołam go. - podeszłam do maksymalnej bliskości. - Kacper! 

Chłopak usłyszał to i podszedł do nas. 

- Co jest? 
- My już będziemy uciekać, bo rodzice Kamili czekają już na parkingu. - Powiedziałam.
- Już? Szkoda... - mruknął. - No nic jedźcie ostrożnie, co? 
- Siema gwiazdy! - Podeszła święta trójca, a odezwał się Wrona. 
- O ile pamiętacie, to jest Dominika a to Kamila. Koleżanki z Gdańska!
- A tak pamiętam! - Zawołał Karol. - Tylko tym razem nie zabij mnie wzrokiem.- zaśmiał się Karol do Kamci. 
- Spoko, tym razem funkcja bazyliszek wyłączona. - zawtórowała mi. 
- O widzę Dominika koszulka Skry. 
- A jak.  - Uśmiechnęłam się do Kłosa. 

Do Włodarczyka żadne z nas się nie odzywało, co było plusem, chociaż i tak czasami nastawała niezręczna cisza. Zrobiłam nam wszystkim selfie. Każdy szczerzył się jak głupi do sera. 

- Jak się mecz podobał? - w końcu spytał. 
- Wyglądał trochę jak towarzyski meczyk dla was, ale był świetny. - Uśmiechnęłam się i spojrzałam na Karola. 
- Prawie łatwo i szybko i po bólu. - dodała moja przyjaciółka. 
- Dobra my serio musimy się zwijać. 
- No dobra, to do zobaczenia wkrótce mam nadzieję.
- Na pewno. - Zaśmiałam się. 

Przytuliłyśmy się mocno z Kacprem, Andrzejem i Karolem. Spojrzałam na Wojtka. Ten na mnie. Zmierzyliśmy się jedynie wzrokiem. W końcu z przyjaciółką wyszłyśmy stamtąd. Jednak nasz spokój nie trwał krótko. 

- Dominika! - usłyszałam wołanie.
- Czy to... - szepnęła Kamila.
- Nieeee. - jęknęłam. 

Odwróciłam się i moja intuicja mnie nie zawiodła. Wojtek. 

- Co? - Spytałam. 
- Telefon byś zgubiła gapo. - powiedział i mi go oddał. 
- A. Dzięki. Patrz nawet nie poczułam, że mi wypadł. Skąd wiedziałeś, że to mój? 
- Wziąłem swój i zadzwoniłem. - odpowiedział z delikatnym uśmiechem. 
- W sumie nie najgorsza opcja. Dzięki. - mruknęłam i się zawróciłam. 
- Dominika. 
- Czego jeszcze dusza pragnie? - Spojrzałam na niego. 

Czułam, że zaraz nadejdą mi łzy do oczu. Wzięłam głęboki oddech. 

- Fajnie było cię widzieć. 
- Nie powiedziałabym tego samego o tobie. - rzuciła moja przyjaciółka. 
- Kamcia...
- Nie. - wtrąciła. - Za to, jak potraktowałeś moją przyjaciółkę powinieneś w ryj dostać. I to tak, żebyś w końcu zszedł na ziemię, panie gwiazda. - warknęła. 
- Już dostałem. Od Domci. Po za tym to nie twoja sprawa. 
- Moja, bo ja ją przyciągnęłam niemalże za chabety na tą pieprzoną plażę Gotyku, żebyście się w końcu ogarnęli oboje. Ale jak widać nie byłeś warty ani sekundy. A dostałeś to chyba jeden raz za mało. 
- Dość! - krzyknęłam, kiedy Wojtek chciał coś odpowiedzieć. - Szkoda słów i nerwów na niego Kamcia. I tak go to nie zmieni. 
- Skąd wiesz? - Usłyszałam go. 
- Bo już raz się przejechałam jak Zabłocki na mydle. Podziękuję. - warknęłam. 
- I tak cię dopadnę! - warknęła.
- Idziemy. - wzięłam ją za rękę i szaprnęłam. 
- Domcia... - jęknął. 
- Masz coś jeszcze do dodania? Bo jak tak to lepiej by było na ring przejść. - Powiedziałam. - Jak nie to do bardzo nie szybkiego zobaczenia. Albo najlepiej, żadnego. - dodałam i poszłam.

Cudem udało mi się zaciągnąć Kamilę do samochodu, ale na szczęście wtedy się uspokoiła i mogłam już tylko marzyć o tym, żeby wrócić do domu. 



sobota, 27 lutego 2016

Rozdział 15: Fajny dzisiaj dzień.

Było zakończenie roku. Spóźniłam się na nie, ale na rozdanie świadectw w sali zdążyłam. Po przejrzeniu wszystkich ocen, stwierdziłam, że się postarałam. Nauką zabijałam wolny czas, żeby nie myśleć o Nim.
Wieści o tym całym cyrku rozniosły się bardzo szybko. A to za sprawą Kamili, która powiedziała wszystko Kacprowi, a ten całej reszcie. W sumie i tak się przenosił do Lubina, więc było mu wszystko jedno. Co nie zmieniło faktu, że przynajmniej raz dziennie próbował się ze mną skontaktować. Ja nie chciałam tego kontaktu. Byłam zbyt wściekła na niego za te kłamstwa, za mydlenie oczu.
Rozpoczął się najlepszy okres w roku każdego ucznia. Wakacje. Taaak to było coś, czego zdecydowanie potrzebowałam najbardziej. A w szczególności, gdy pogoda była wymarzona. Około 30 stopni, słońce, bezchmurne niebo. Z tego trzeba było korzystać. Umówiłam się z koleżanką z klasy i pojechałyśmy na plażę. Wybrałyśmy Stogi. Spodziewałyśmy się tłumu tam, ale to było nasze ulubione miejsce i do opalania i do kąpania, mimo że okolica byłą nieciekawa.

- I co niedługo na Opener'a? - spytałam uśmiechnięta.
- Jezu nie mogę się doczekać, to będzie coś wielkiego.
- Nasz pierwszy festiwal. - odpowiedziałam z uśmiechem. - Rozkładamy się bardziej przy wodzie jak znajdziemy miejsce, po środku, czy przy trawie? - spytałam.
- Nie wiem, byle coś szybko i blisko, bo piasek zaczyna parzyć i to nie na żarty! - Pisnęła.
- Ooo zaczęłam to odczuwać. Dawaj tutaj, jebać to. - Zaśmiałam się.

Szybko przebiegłyśmy kawałek i się rozłożyłyśmy. Zdjęłam szorty i bokserkę. Byłam w stroju kąpielowym już. Natalia po chwili zrobiła to samo. Nasmarowałyśmy się różnymi preparatami do opalania, żeby nie zjarać się na raczka.

- Idziemy zobaczyć wodę? - Spytałam.
- Pewnie! - Odpowiedziała z entuzjazmem.

Szybko pobiegłyśmy do wody. Była idealna! Zaczęłyśmy się chlapać i bawić. Od czasu do czasu zerkałyśmy na nasze rzeczy, żeby skontrolować, czy nikt podejrzany się nie kręci. Ale wszystko było w porządku.

Nieopodal było rozstawione boisko do siatkówki plażowej. Podeszłyśmy z ciekawości tam zobaczyć.

- O dziewczyny umiecie grać w siatkówkę? - Usłyszałyśmy jakiegoś chłopaka.
- No tak nawet. - Odpowiedziałam.
- A koleżanka?
- No też w miarę.
- A chcecie dołączyć? Mamy braki.

Spojrzałam na swoją kumpelę z uśmiechem. Ta parsknęła śmiechem.

- No dobra, zagramy, tylko przyniesiemy tu swoje rzeczy, więc dajcie nam chwilę.
- No spoko to czekamy. - Odpowiedział wysoki brunet.

Szybko poszłyśmy do naszego miejsca. W pośpiechu zebrałyśmy swoje manatki i poszłyśmy w umówione miejsce.

- Meldujemy się.
- O świetnie. Podajcie dziewczyny swoje imiona.
- Dominika.
- Natalia.
- Miło nam. - Podaliśmy sobie ręce. - Wojtek.

Westchnęłam głośno na wymówione imię i spojrzałam na Natalię. No Domcia masz szczęście do chłopaków z tym imieniem, pomyślałam

- To według jakich zasad gramy? - Spytałam,
- Gramy w sześcioosobowych drużynach. Granice boiska są wyznaczone. To w sumie na tyle. - Wzruszył ramionami.
- No dobra to z kim jesteśmy w drużynie? - Spytała moja kumpela.
- Ze mną, z Mateuszem - wskazał na drugiego chłopaka. - z Anią i Marcinem. - pokazał dwie ostatnie osoby.

Potaknęłyśmy i poszłyśmy za nimi na boisko. Mnie ustawili na środku pod siatką, a Natalię po mojej lewej. I zaczęła się gra. Powiem szczerze, że tak jak fajnie mi się grało z tymi ludźmi, tak z nikim innym. Co prawda było to dla funu, ale frajda z wygranej była ogromna. Byłyśmy z Natalią całe w piasku, ale byłyśmy wybawione, Nim się obejrzałyśmy, ściemniało się.

- Dobra my się będziemy powoli zwijać. - Powiedziała w końcu Natalia.
- Zmęczone? - Spytał Mateusz.
- Trochę. - Zaśmiałam się.
- No dobra. To dzięki wielkie za grę. Fajnie było.
- A zgadzam się. Było. - Uśmiechnęłyśmy się obie.

Poszłam ubrać szorty i bokserkę. Na to cienki sweterek. Kumpela podążyła moim tropem. Pożegnałyśmy się z ludźmi i poszłyśmy na tramwaj.

- Nie chcę nic mówić, ale już czuję tę naszą opaleniznę.
- Daj spokój, jak się jutro z bólu nie zesram to będzie cud. - Stwierdziłam.- Ale fajnie się grało.
- A jak się dogadywałaś z Wojtkiem? - Spytała.
- Daj spokój, usłyszałam to imię to mi się w kieszeni scyzoryk otworzył, którego nie mam. - spojrzałam na nią
- Widziałam twoją minę. Była bezcenna. A coś się odzywał?
- A nie wiem. - odpowiedziałam i wyjęłam telefon. - Wysłał esa, że chce się spotkać.
- Może spotkaj się z nim dla świętego spokoju.
- Niedoczekanie jego. Tu nie ma już czego zbierać. - stwierdziłam.
- Dobra popełnił prawdopodobnie największy błąd swojego życia.
- Daj spokój Natalia.
- Ale Domcia.
- Nie chce mieć z nim nic wspólnego dobra? - Spytałam.
- Nie za ostro jedziesz teraz? Okłamał cię, okej ,ale chce to naprawić, to powinnaś chociaż usłyszeć jego wersje wydarzeń.
- Kiedy ja nie mam ochoty jej słuchać. - Powiedziałam szczerze i na przystanku ubrałam trampki.
- Jak wolisz, ale coś czuję, że będziesz potem tego żałowała. Zaszalej trochę. Są wakacje, dziewczyno!
- To nie znaczy, że mam się bawić tak, żeby za dziewięć miesięcy szukać tatusia. - Odpowiedziałam.
- Wiesz, że nie o tym mówię.
- Wiem... Na razie po prostu staram się to przeboleć. - Usiadłam na ławce.
- Domcia... - westchnęła koleżanka.
- Ja wiem, że jak się z boku patrzy to łatwo powiedzieć, żeby ruszyć dalej, ale to nie jest takie proste. Nie dla mnie. Musiałam sobie cholera jasna zrobić nadzieje jak jakaś idiotka. - Jęknęłam.
- Dominika nie tylko ty zrobiłaś sobie nadzieję, ale i on Ci ją zrobił. I moim zdaniem to za to powinien w ryj od ciebie dostać raz a porządnie. - Stwierdziła. - A zapewne byłoby tak, że gdybyś go zobaczyła, to byś uroniła kilka łez, on by powiedział parę słówek i byś mu wybaczyła.
- Niedoczekanie jego. - Prychnęłam. - Dobra zależało mi na nim, ale bez przesady, serio myślisz, że aż taka słaba jestem?
- Trochę szybko cię omotał Domcia.
- Dzięki Bogu lub nie czar szybko prysł. - Mruknęłam pod nosem.
- Mówię ci, jakiś letni romansik ci nie zaszkodzi. I niech to będzie ktoś normalny, a nie pożal się Boże siatkarz. - Zaśmiała się i poklepała mnie po ramieniu.

Mimowolnie jej zawtórowałam. Ona miała rację. Nie mogłam rozpaczać z jego powodu. Nie aż tak. W końcu przyjechała ósemka i pojechałyśmy do Głównego. Spojrzałam na zegarek w telefonie. Była 20:30.

- Jest w pół do dziewiątej. - powiedziałam zdziwiona.
- No co ty, ąz tak późno!? To nieźle nas tam wciągnęło.
- No - Zaśmiałam się cicho. - mamy o 21:00 autobus.
- A zdążymy?
- Jo 20 minut tylko się jedzie, więc na spokojnie.
- To pół biedy, ale wiesz co? Głodna jestem.
- Daj spokój już tyle wytrzymamy.
- Ale fajny dzisiaj dzień był, nie?
- No bardzo.- Zaśmiałąm się
- No w sumie. A co u Kamili?
- Szykuje plan zemsty na Włodarczyka razem z Kacprem i resztą. Pochłonęło ją to. - Zaśmiałam się.
 - Chyba trzyma się jednej kluczowej zasady.
- Jakiej? - Spytałam.
- Złamiesz mojej przyjaciółce serce, to złamię ci kark.
- A to tak. to jest złota zasada. - Zaśmiałam się. - e tam mi na zemście nie zależy jakoś specjalnie tak w sumie.
-Ale chyba Kamila nie zamierza mu podarować.
- To wiem. I chyba mogę się tylko domyślać co ona ma w planach. - Mruknęłam.

Po około dwudziestu minutach dojechałyśmy do Dworca Głównego. Poszłyśmy na przystanek autobusowy. Czekałyśmy około 10 minut na nasz autobus i pojechałyśmy do domu. Przejrzałam swojego intagrama. Nic się ciekawego na nim nie działo. Natalia wysiadła dwa przystanki przede mną.
Wysiadłam po kilku minutach na swoim przystanku i skierowałam się do swojego bloku. Nie lubiłam chodzić sama, gdy było już ciemno. Szczerze się bałam. Przed bramą zobaczyłam jakiś ciemny samochód. Weszłam dość niepewnie na swoją posesję i skierowałam się do swojej klatki. Zapaliłam światło.

- Hej sorki, że tak późno, ale zasiedziałyśmy się z Natalią na plaży.
- Tak myślałam. I co wyszalałyście się?
- No grałyśmy w siatkę z jakimiś przypadkowymi ludźmi. Fajnie było. Nawet bardzo. - Zaśmiałam się. - Ale nie chcę sobie wyobrażać, jak jutro będę kwiczała.
- Nie wyglądasz źle. Gdyby miało cię zjarać to już byś dawno była czerwona jak rak. - Stwierdziła mama. - W ogóle mamy gościa.
- O matko boska a kogo? - Spytałam zaskoczona.
- Czeka w salonie. Powiem ci mała, że jeśli o niego chodziło...
- No chyba sobie kurwa ze mnie jaja robicie. - powiedziałam zszokowana i szybko poszłam do salonu zanim mama zdążyła coś powiedzieć na moje słownictwo.  - WYNOŚ SIĘ Z MOJEGO DOMU.
- Domcia daj mi wytłumaczyć.
- W dupie mam twoje tłumaczenia! Jeśli do cholery jasnej myślałeś, że wyrwiesz sobie kolejną naiwną  laskę na wakacyjny romansik, to się grubo myliłeś! A teraz wypieprzaj! - niemalże krzyczałam ze łzami w oczach.

Ten bez słowa wstał. Spojrzałam na swoich rodziców. Patrzyli na nas z rozdziawionymi buziami. Posłałam morderczy wzrok na Włodarczyka.

- A byłabym zapomniała. - Powiedziałam, gdy go niemal siłą odprowadziłam do drzwi.

Spoliczkowałam go najmocniej jak tylko potrafiłam. Chłopak aż syknął.

- Więcej nie pokazuj mi się na oczy.  I dziękuję za spierdolenie jednego z najfajniejszych dni jakie miałam ostatnio. - dodałam i go wypchnęłam za drzwi.

Zamknęłam je na wszystkie spusty. Oparłam się o nie. Odgarnęłam wszystkie włosy z czoła. Po chwili moja rodzicielka do mnie podeszła. Spojrzałam na nią.

- Proszę nic nie mów, bo to w żadnym wypadku nie polepszy sprawy. - Wyszeptałam.
- Nie mam zamiaru. - odpowiedziała i pogłaskała mnie po ramieniu.

Nie wiadomo dlaczego uroniłam kilka łez. Patrzyłam się w jakiś punkt na ścianie. A był to taki fajny dzień.


______________________________________________

Hejka! Wiem, że minęło sporo czasu odkąd tu ostatnio coś dodawałam, ale miałam kompletny brak weny na cokolwiek. Mam nadzieję, że mi wybaczycie tę długą przerwę :(
Jak wam minęły ferie?
Ja właśnie je kończę i powiem szczerze, że nie chcę m i się tak iść do szkoły, że nie macie pojęcia :/
Mam nadzieję, że powyższa treść się Wam mimo wszystko spodobała i mam nadzieję, do szybkiego następnego! :)

niedziela, 3 stycznia 2016

Rozdział 14: Kłamał mi w żywe oczy.

     Ten wyjazd do Torunia, to był najlepszy pomysł, na jaki Kamila mogła kiedykolwiek wpaść. Naprawdę nie sądziłam, że sprawy potoczą się w ten sposób. Nieoficjalnie mówiło się o nas jako parze, ale prawda była taka, że żadne z nas się nie określiło.
Mogłam się cieszyć z faktu, że po tym spotkaniu kontakt się nie urwał. Mimo że Wojtek świetnie bawił się w Stanach Zjednoczonych, a ja siedziałam i uczyłam się do pierwszego egzaminu zawodowego. Pomimo tych wszystkich wydarzeń musiałam jednak skupić się na powtarzaniu do teoretycznej części tej zmory. Zamiast chodzić na imprezy (jak połowa moich znajomych) siedziałam w domu i naprawdę się uczyłam. Rodzice nie mogli uwierzyć, że tak mnie coś natchnęło do nauki i byli naprawdę zdziwieni tą zmianą.
W końcu nadszedł ten sądny dzień. 24 czerwca. Co za tym szło? Egzamin zawodowy. Czułam się nieźle zestresowana, mimo powtórki wszystkiego od A do Z.

- Dominika masz wszystko? Czarne długopisy, ołówek?
- Tak mamo. - Westchnęłam.

Wzięłam głęboki oddech. Ubrałam balerinki i czarny kardigan na mundurek. Oczywiście każdy musiał przyjść w nienagannym stroju hotelarza. Składał się on z ołówkowej spódnicy, białej koszuli, krawatu i kamizelki. Włosy musiały być ładnie spięte, a makijaż naturalny.
Wzięłam swoją torebkę i telefon do ręki. Odblokowałam go. Były dwa SMSy. Od Kamci

"Powodzenia kochanie, złam długopis! :*"

Oraz ku mojemu niemałemu zdziwieniu od Wojtka:

"Powodzenia na egzaminie! :3"

Wyszczerzyłam się jak głupi do sera, patrząc na tę wiadomość. 

- A ty co taka uśmiechnięta? - Spytała moja rodzicielka.
- A nic, nic. - Powiedziałam szybko, nadal się uśmiechając.
- Kochanie znam ten wzrok, co jest? 
- O cholera muszę iść, bo się spóźnię! - Powiedziałam, gdy spojrzałam na zegarek. 
- Powodzenia córcia.
- Nie dziękuję. 

I tym sposobem szybciutko zmyłam się z domu. Nie chciałam nic mówić, żeby nie zapeszyć i nie robić Bóg wie ile hałasu, o tę całą sytuację. Na szczęście zdążyłam idealnie. Zdążyłam zostawić w portierni torebkę i telefon, wziąć potrzebne rzeczy i powędrować na trzecie piętro do pracowni hotelarskiej, gdzie miał odbyć się egzamin. 
Gdy już znalazłam swoją ławkę, usiadłam wygodnie i rozejrzałam się. Brakowało jeszcze paru osób. Dokładnie 5 minut później można było rozpocząć. Egzaminatorzy rozdali arkusze. Był to egzamin w formie testowej. na znak głównego egzaminatora wszyscy zaczęliśmy pisać. Gdy przejrzałam wszystkie pytania, uznałam, że naprawdę mogło być gorzej. Na spokojnie zaznaczałam sobie prawidłowe moim zdaniem odpowiedzi, a potem uważnie naniosłam je na arkusz odpowiedzi. Byłam zdziwiona, bo zajęło mi to dosłownie 40 minut, a czas pisania to 60 minut. Sprawdziłam jeszcze wszystko dokładnie i oddałam pracę. 
Kiedy wyszłam z sali, od razu poszłam do portierni po swoje rzeczy. Wzięłam telefon do ręki. Napisałam rodzicom, że poszło mi nawet dobrze. W pewnym momencie się z kimś zderzyłam.

- O przepraszam. - Mruknęłam, dalej patrząc w telefon i poszłam dalej. 
- No serio, żeby mnie nie poznać? - Usłyszałam znajomy mi głos. 
- Gwiazda powinna być na niebie, a nie szwendać się cholera wie gdzie. - Odpowiedziałam.
- Ouć, bolało. - Usłyszałam śmiech.


Uniosłam głowę i obróciłam się. Wytrzeszczyłam oczy, bo im nie wierzyłam. Znałam ten śmiech aż za dobrze. 

- Serio? - Zaśmiałam się. 

Od razu na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech. Nie wiadomo czemu, też oczy zaszły mi łzami. Cieszyłam się na jego widok, ale te łzy... Coś nie halo.

- Hej. - Powiedziałam i zakryłam usta dłonią.
- No teraz lepiej. - Posłał mi swój niesamowity uśmiech Włodarczyk. 

Podeszłam do niego i bezpardonowo się przytuliłam. Tęskniłam za tym idiotą. Poczułam jak mnie mocno obejmuje i całuje we włosy. 

- Co ty tu robisz? - Spytałam nieco zdezorientowana. 
- Postanowiłem Cię odwiedzić, spytać jak poszło i zabrać Cię na obiad. - Odpowiedział wyszczerzony. 
- No nie gadaj, że tak się cieszysz, że mnie widzisz? - Poklepałam go po ramieniu. 
- No zupełnie jak ty. 
- Chciałbyś. - Pokazałam mu język
- A co, nie?! - Spytał "oburzony" .
- Powiedzmy. - Zaczęłam się śmiać, widząc jego minę. 
- O ty mała. 

Złapał mnie i uniósł, a potem obrócił wokół własnej osi. Zaczęłam piszczeć. Po chwili postawił mnie na chodniku. Z uśmiechem złożył delikatny pocałunek na moich ustach. 

- No dobra, to teraz opowiadaj, jak ci poszło! 
- No normalnie. - Uśmiechnęłam się.

W drodze do samochodu, a potem na obiad i podczas niego rozmawialiśmy jak najęci. Tematów nam nie brakowało. Siatkarz opowiadał, jak było w USA, a ja się uczyłam i w ogóle. 

- Idę do łazienki. 
- Jasne. - Puściłam mu oczko. 

Zostałam po chwili sama przy stoliku. Nagle zawibrował jego telefon. Jeden raz i drugi, trzeci i kolejny.  Moja ciekawość w tym pojedynku wygrała. Były tam wiadomości od jakiejś Oli. 

"Zostawiłeś u mnie koszulkę, oddam ci ją przy najbliższym spotkaniu, mam nadzieję, że nie długo :*"

"Liczę na powtórkę z tego wyjazdu, Wojtusiu!"

W tamtym momencie nie wiedziałam, co zrobić. Nie wierzyłam własnym oczom. Trzeciego i czwartego SMSa nie chciałam już czytać. Odłożyłam jego telefon na miejsce. Wzięłam głęboki oddech. 

- Co mnie ominęło? - Spytał z uśmiechem. 
- Nic szczególnego. - Odpowiedziałam. - Byłeś sam w Stanach? 
- Tak, a co? - Spojrzał na mnie zdziwiony. 

Kłamał mi w żywe oczy. To zabolało. Westchnęłam głośno. 

- Domcia co jest? Zbladłaś. 
- Muszę iść. - Szepnęłam i zaczęłam zbierać swoje rzeczy.
- Domcia co się dzieje? 
- Pozdrów ode mnie Olę. - Wstałam i skierowałam się do wyjścia. 
- Dominika, wytłumaczę! - Szybko za mną wybiegł.
- Zostaw mnie, dobra? 
- Daj mi wytłumaczyć! - Krzyknął. 
- W dupie mam twoje tłumaczenia, ale powiem ci jedno. Cokolwiek to było między nami. Jest skończone. Nie chcę cię widzieć! - Powiedziałam rozżalona i wkurzona do granic możliwości. 
- Kurwa mać... Domcia! 
- Zostaw mnie w spokoju, okej?! 
- Mogę to wytłumaczyć! 
- Ale ja cię nie chcę słuchać. - Wzruszyłam ramionami i poszłam.

I w ułamku sekundy, jeden z lepszych dni jakie miałam ostatnio, stał się najgorszym dniem w moim życiu. Kiedy wsiadłam do tramwaju, rozpłakałam się jak dziecko. Nie przejmowałam się patrzącymi na mnie jak na idiotkę ludźmi. Miałam to szczerze gdzieś. Marzyłam jedynie o tym, żeby znaleźć się w swoim pokoju i się tam zabarykadować. Nie wiem nawet jak, ale szybko się tam znalazłam. Od razu zadzwoniłam do Kamili.

- No co jest mała, jak tam poszło? - Spytała.
- Egzamin? Jasne, świetnie, kurwa wręcz zajebiście.
- Dobra znam ten kod. Co się stało?
- Widziałam się dzisiaj z Wojtkiem. - Wzięłam głęboki oddech.
- Przyjechał do Ciebie?! Jak słodko! 
- Fakt, że ma inną na boku już nie jest słodki. - Powiedziałam i się momentalnie rozpłakałam. 
- Co?! Ja pierdole... Mycha jak się czujesz?
- Szczerze? - Spytałam, wyjąc do telefonu. - Zła, zraniona, zawiedziona, oszukana, zrozpaczona, a co gorsza mi na nim zależało...
- Wiem Domcia. Jejku jak ja się przejadę do niego to on się drzwiach nie zmieści. - Warknęła.
- To nic nie da. 
- Da! Obiecałyśmy coś sobie. On złamie ci serce ja mu złamie kark. Nie będzie Cię tak traktował. Jezu aż zadzwonię do Kacpra.
- Zaraz cały Bełchatów będzie wiedział... - Jęknęłam. 
- Nie będzie. Ja go ukatrupię. Domcia, słońce nie łam się. Będzie dobrze. 
- Jak na razie nie wygląda. - Stwierdziłam.
- Co to za dziwny dźwięk?
- Dobija się. Niech się wali na chwilę obecną. 
- Masz rację, czekaj niech ja go dopadnę, wszystkie jedynki zgubi. - powiedziała i się rozłączyła.

Z Kamilą nie było żartów. Ona była do tego zdolna. Ja to wiedziałam. Ten dzień spędziłam w łóżku, płacząc do poduszki. W życiu nie spodziewałam się takiego finału. 

____________________________________________________


Hej wszystkim, jak tam nowy rok? :)
Łapcie tu kolejny rozdział, może troszkę krótszy, ale mam nadzieję, że się spodobał :)
Liczę na Wasze opinie! 
Do następnego :)

środa, 23 grudnia 2015

Rozdział 13: Nie wchodźcie na razie!

- Maćkowiak nie żyjesz. - Powiedziałam wkurzona, kiedy przede mną niczym grzyby po deszczu wyrośli Krzysiek i Iwona Ignaczakowie oraz Włodarczyk. 
- Co? Ja nic o tym nie wiedziałam! - Uniosła ręce w geście obronnym. 
- Takie kity wciskaj swojej siostrze, ale nie mi. - Warknęłam. - Super czyli po to tutaj jestem? - Spytałam.
- Musicie w końcu porozmawiać. I nie wciskaj mi kitu, że nie cieszysz się na jego widok, bo widzę, jak ci się oczy świecą. 
- Ja cię kiedyś zabije jak Boga kocham. - Jęknęłam. - Serio Kami nie mam ochoty na rozmowę, nie z nim. 
- Kiedyś musicie porozmawiać.
- Ale nie dzisiaj! - Powiedziałam. - Czekaj moment... On jest jedną z gwiazd na meczu gwiazd?! - niemalże krzyknęłam podczas czytania. 

     Spiorunowałam swoją przyjaciółkę takim wzrokiem, że gdyby mógł zabijać, to by już nie żyła. Pokręciłam głową z dezaprobatą i schowałam telefon do torby. 
No świetnie. Czyli czeka mnie rozmowa. 
Ciśnienie podskoczyło mi do dwustu. Nawet nie miałam jak zwiać, żeby mnie nie zauważyli, bo szłyśmy dosłownie zna przeciwka. Już czułam na sobie wzrok siatkarza. Jego mina była też bezcenna. 

- Stara ja nie dam rady. - Jęknęłam - W co ty mnie wkopałaś? 

Ta nie odpowiedziała, bo byłyśmy tylko parę kroków od nich. Przełknęłam głośno ślinę. Były siatkarz Skry patrzył na mnie, a ja spuściłam wzrok i patrzyłam na bruk. 

- Kamila. - Zaczął Włodarczyk. 
- Wojtek. - Odpowiedziała przyjaciółka. 

Widziałam jak po raz kolejny zmierzył ją od góry do dołu nieprzyjemnym wzrokiem. Szczerze można było się do tego przyzwyczaić. W końcu spojrzałam na niego i pana Ignaczaka. 

- Ktoś ci jajko rozbił na włosach?
- A tobie na twarzy? - Uniosła brew. 
- Sarkastyczna jak zawsze. - Powiedział z uznaniem.
- Szczera. - Uśmiechnęła się chytrze. 
- Włodi może przedstawisz nam młode panie? - Spytał Igła.
- To jest Kamila, a to... To jest Dominika.

    Kiedy usłyszałam, jak on wymawia moje imię, usłyszałam niemal ból w jego głosie. Uniosłam głowę i spojrzałam na niego. 

- Bardzo nam miło. - Podała nam ręce pani Iwona.
- Nam również. - Odpowiedziałam grzecznie i uścisnęłam jej dłoń. 
- Skąd Was tutaj przygnało? - Spytał Igła.
- Z Grudziądza. - Odpowiedziała Kamila z uśmiechem.
- A Dominika? - Spojrzał na mnie.
- Z Gdańska. 
- Dobra przestańcie robić przesłuchanie, dziewczyna się speszyła. - Zaśmiała się żona Ignaczaka. 

Uśmiechnęłam się delikatnie na to. Spojrzałam na swoją przyjaciółkę. Moje spojrzenie niemal krzyczało RATUJ!  Teraz zaczęło do mnie docierać poczucie winy. 

- A może koleżanki się do nas przyłączą? - Spytała pani Ignaczak.
- Eeee, nie wiemy... Nie chcemy przeszkadzać i sprawiać problemu, proszę pani. - Uśmiechnęła się Kamila.
- Jaka pani? - Zaśmiała się. - Iwona. 
- Kamila.
- Dominika. - Podałyśmy sobie ręce.
- A po za tym to żaden problem, tylko przyjemność! Chodźcie. Pójdziemy coś zjeść. - Uśmiechnął się Igła. 

     Spojrzałyśmy na siebie wzrokiem o nie znowu jedzenie. Wszyscy się zaśmiali oprócz mnie i Włodarczyka. Zapowiadało się bardzo ciche i niezręczne popołudnie dla nas obojga. Pech tak chciał, że przemierzaliśmy uliczki Torunia, idąc obok siebie. Kamila bez problemu rozmawiała z Ignaczakami, a my milczeliśmy. 

- Dlaczego nie odbierałaś telefonów? Nie odpisywałaś na wiadomości? - Usłyszałam po chwili jego pytanie. 
- Bo nie mogłam rozmawiać. - Odparłam po chwili zastanowienia. 
- Przez dwa tygodnie? Dominika co się dzieje? Tylko nie mów mi, że nic, bo w ten kit drugi raz nie uwierzę. 
- Próbowałam zaliczyć rok, żeby przejść do następnej klasy. Jestem zawalona nauką. 
- Jasne... Niech ci będzie. Nie chcesz, nie mów. 
- Wojtek. - Jęknęłam.
- Dobrze wiem, że chodzi o coś jeszcze, nie tylko o naukę. Domcia... - Spojrzał na mnie błagalnym wzrokiem. 

Wzięłam głęboki oddech. Nie mogłam mu powiedzieć, bo by się wydało, że faktycznie coś do niego czułam. Przemilczałam to. Spojrzałam przed siebie. Poszliśmy do jakiejś restauracji. Z racji tego, że z Kamilą obżarłyśmy się lodami u Lenkiewicza, wymigałyśmy się od jedzenia, tylko zamówiłyśmy napoje, co było nam bardziej potrzebne niż jedzenie tego dnia. Moje poczucie winy powoli sięgało zenitu. 

- Przepraszam, muszę do łazienki. - Powiedziałam w końcu i pognałam na koniec sali do toalety. 

Zamknęłam się w kabinie. Odgarnęłam włosy z czoła. Oczy zaszły mi łzami. Po paru minutach usłyszałam pukanie do drzwi. 

- Zajęte. - Powiedziałam, starając się brzmieć normalnie. 
- To ja. - Usłyszałam swoją przyjaciółkę. 

Otworzyłam po chwili drzwi. Było widać, że zalałam się łzami. Ta nic nie mówiła tylko mocno mnie przytuliła. 

- Hej... No już... - Szeptała.
- Ja nie mogę tam wyjść. Nie w takim stanie.  - Jęknęłam.  
- Wiem. Opłucz twarz zimną wodą. - Poradziła mi, a gdy to zrobiłam to kontynuowała. - Musisz z nim porozmawiać.
- Ja nie potrafię! Po za tym on chyba już nie chce ze mną rozmawiać. 
- Żebyś ty widziała jego wzrok jak szłaś do łazienki. - Zaśmiała się cicho. - Jeśli coś ci powiedział, to mu wygarnę. 
- Ale on nic nie zrobił tylko ja! To ja nie odbierałam tych pieprzonych telefonów, to ja nie odpisywałam na wiadomości! To moja wina rozumiesz?! A poczucie winy mnie kurwa zabija... - Wyszeptałam i przepłukałam ponownie twarz, a potem ją wytarłam. 
- Od razu lepiej wyglądasz. Trzymaj tu puder i się ogarnij. - Dała mi swoje kosmetyki i po chwili wyszła. 

Kiedy ja zakrywałam wszystkie ślady płaczu, a przynajmniej starałam się to zakryć, ktoś wpadł do łazienki.

- No już myślałem, że spierdzieliłaś przez okno. - Usłyszałam Włodarczyka.
- Aż takim tchórzem nie jestem. - Zaśmiałam się mimo woli.  
- Domcia jeśli chodzi o tamten pocałunek...
- Nic nie znaczył, to już wiem. - Znowu weszłam mu w słowo. 
- Daj mi dokończyć głupku. - Zaśmiał się pod nosem. 
- Śmieszy cię to? - Spytałam z powagą, bo wcale mi nie było do śmiechu. 
- Nie... - Automatycznie spoważniał. - Słuchaj nie dałaś mi wtedy dokończyć.
- Nie musiałeś. Wyraz srającego kota na pustyni mówił za ciebie wszystko.
- Czyli chodzi o ten pocałunek. - Stwierdził.  
- Wojtek... 
- Daj mi skończyć. Chciałem powiedzieć, że znaczył i to dużo... Myślisz, że gdyby to nic nie znaczył, to bym dzwonił i pisał do ciebie jak pojebany? - Spytał, uśmiechając się delikatnie.

CZY JA SIĘ WŁAŚNIE PRZESŁYSZAŁAM?!

Patrzyłam na niego jak zaczarowana. Nie wiedziałam i nie byłam w stanie nic powiedzieć. Chłopak patrzył na mnie dość niepewnie. 

- Domcia? - Spytał. 


     Uśmiechnęłam się szeroko, po czym podeszłam do niego i po prostu złączyłam nasze usta w namiętnym pocałunku. Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że ten chłopak może tyle dla mnie znaczyć. A on już w ogóle sobie z tego sprawy nie zdawał. 
     Siatkarz położył dłoń na mojej szyi i objął mnie, tym samym przyciągając do siebie i pogłębiając pieszczotę. To było istne niebo. Wymienialiśmy pocałunki tak długo, dopóki nie zabrakło nam tchu.
      Oczywiście byłoby zbyt pięknie, gdyby nikt nam nie przerwał. Tym kimś był Krzysiek.

- Co wy ludzie zaginęliście w ak - przerwał swój monolog, kiedy zobaczył nas godzących się. - cji. -Dokończył po chwili. 

Szybko się od siebie oderwaliśmy i spojrzeliśmy na Ignaczaka. Ja jak to ja spaliłam buraka, bo jakżeby inaczej. 

- Krzysiu, nie masz za grosz wyczucia. - Zaśmiał się Wojtek. 
- To wy się tu... ten, a ja wpadnę później. - Zawtórował mu libero Asseco Resovii i wyszedł. 

Spojrzałam na Włodarczyka. Ten tylko wzruszył ramionami, ale cały czas się uśmiechał. 

- Nie wchodźcie na razie! Godzą się! - Usłyszeliśmy głośno mówiącego Igłę. 

Oboje parsknęliśmy potwornie głośnym śmiechem. Przytuliłam się do chłopaka, dalej się śmiejąc. Po chwili oboje wyszliśmy z łazienki z takimi bananami na ryju, jakbyśmy szóstkę w totka wygrali. Wszyscy się na nas patrzyli. Poczułam jak Wojtek splata mocno nasze dłonie. Kiedy na niego spojrzałam, ten puścił mi oczko. Zaśmiałam się pod nosem. 

- Co nas ominęło? - Spytał Włodarczyk, kiedy oboje usiedliśmy przy stole. 
- Jedzenie. - Zaśmiała się Iwona. 
- E czyli nic ciekawego. - Machnął na to ręką.

Spojrzałam na Kamilę. To ona go tam przysłała, wiedziałam to. Uśmiechnęłam się do niej. Wypiłam do końca swój napój.

- Powoli będziemy się tam zwijać, co? - Spytała Iwona.
- No trza by było. - Przyznał rację swojej żonie Igła.

     Gdy zapłaciliśmy za zamówione rzeczy, poszliśmy w stronę miejsca, gdzie miał się odbyć Mecz Gwiazd. Tym razem wszyscy rozmawialiśmy jak najęci. W tym czasie wyciągnęłyśmy od Iwony parę łatwych przepisów na zdrowe posiłki i ćwiczeń. Wszyscy dla jaj zaczęliśmy udawać typowych turystów i robiliśmy zdjęcia czemu popadnie. Włodi jak to Włodi strzelał milion seliafów z selfie sticka.

- Domcia. - Szturchnęła mnie przyjaciółka.
- Co? - Spytałam z uśmiechem.
- Jesteś zła?
- Nie. Teraz ci przyznaję, twój podstęp to był dobry pomysł.
- No widzisz. - Zaśmiała się.
- Co tam tak gadacie? - Spytał Wojtek.
- Obgadujemy Cię, - Pokazałam mu język.
- Rozumiem, że w samych superlatywach?
- Ta. - Zaśmiała się Kamcia, a ja razem z nią.
- Ooo widzę, że Cię to bawi, - Uniósł brew.
- I to jak.- Puściłam mu oczko.
- Osz ty. - Powiedział i zaczął mnie łaskotać.

Zaczęłam się śmiać wniebogłosy i wiercić. To wyglądało lepiej jak taniec szamana. Ludzie patrzyli się na nas jak na ludzi specjalnej troski. Siatkarz nie miał dla mnie żadnej litości. Ignaczakowie i Kamila zamiast pomóc wyciągnęli telefony i zaczęli nagrywać. Ludzie mocno pomocni.

- Dobra już dość! - Jęknęłam
- Poddajesz się? - Spytał.
- Tak. - Mówiłam, śmiejąc się.
- Niech Ci będzie. - Poczułam jak składa pocałunek na moich włosach. - Przegrzewasz się.
- Żebyś ty się nie przegrzał. - Uniosłam głowę.
- No już już. - Zaśmiał się i skradł mi szybko buziaka. - Ja się zdążę przegrzać podczas gry.
- To wiemy. - Poklepałam go po ramieniu. 

Kiedy doszliśmy do boiska, uzgodniliśmy, że ja i Kamila będziemy siedziały na trybunach. Usiadłyśmy sobie w drugim rzędzie mniej więcej po środku. Obserwowałyśmy jak jeszcze młodzicy dokańczali mecz. 

- Co tak myślisz? - Spytała.
- A nic. - Uśmiechnęłam się delikatnie. - Tak sobie.
- Martwisz się?
- Teraz jedynie egzaminami. Potem już z górki i wakacje. Tyle wygrać. - Spojrzałam na nią.
- Ooo patrz, gwiazdy wychodzą. - Zaśmiała się.

     Kiedy wyszli się rozgrzać dosłownie trzy czwarte tłumu zaczęło robić zdjęcia i kręcić filmiki. W końcu animator zaczął przedstawiać siatkarzy. W jednej drużynie byli Dominik Witczak z Grześkiem Boćkiem, a w drugiej Igła i Włodi.  Dla jaj Ignaczakowi podstawili leżaczek, żeby sobie usiadł. Potem powiedział kilka słów na temat tej imprezy i po kilku minutach rozpoczęła się gra.
     Oczywiście była to plażówka na wesoło. W pewnym momencie Bociek zniósł sędzinę z podestu i się zamienił z nią miejscami. Tam była taka rotacja składem, tyle humoru, że po prostu publika płakała ze śmiechu ze mną i Kamilą na czele. Najlepsze były sytuacje kiedy Wojtek oblewał nieprzyjemnym wzrokiem moją przyjaciółkę, a do mnie się szczerzył jak głupi do sera. Widząc to, po prostu zaczęłam się śmiać. Po nieco ponad godzinie mecz zakończył się zwycięstwem pomarańczowych czyli Wojtka i Krzyśka. Dzieciaki i wszyscy chętni mieli też okazję do wykazania się na piasku, grając właśnie z nimi.
    Po zabawach na piasku wszyscy kibice zebrali się wokół barierek na czele z nami. Co znaczyło jedno. Wszyscy chcieli zdjęcia i autografy. Na nasze nieszczęście stałyśmy obok dwóch napalonych hotek.

- Na pewno nas zapamięta, byłyśmy z tego całego tłumu najlepsze. - Odezwała się jedna.
- No pewnie! I do tego najładniejsze. W porównaniu z całą resztą. Błagam cię. - Prychnęła druga.
- O Jezu Włodarczyk do nas idzie! Jak wyglądam? Nie mogę wyjść jak idiotka przy nim!
- A ja? Kurcze musimy mieć dobrą bajerę. - Mówiła podniecona.

Spojrzałam na Kamilę z uniesioną brwią niczym Uriarte. Ta ledwo powstrzymywała się od śmiechu. Kiedy już był przy barierkach, spytał:

- Jak się podobało?
- Byłeś najlepszy! Z Tobą grać to jak wygrać życie! - pisnęła, jedna z nich, a ja się zaczęłam śmiać, bo to było do nas.

Włodarczyk patrzył taki nieco zdezorientowany na mnie i na Kamilę. Wzruszyłam bezradnie ramionami, bo dwie panienki dosłownie okupowały go słownie, mało co tam nie sikały.

- Weź go ratuj Szafraniec, bo psychicznie się załamie. - Szturchnęła mnie Kamila.
- Jo. - Odpowiedziałam. - Hej słoneczko. - Wyszczerzyłam do niego ząbki.
- Hej. - Od razu się od nich oddalił jak oparzony i podszedł do nas, po czym delikatnie mnie pocałował. - Dziękuję za ratunek. - Szepnął mi w usta.
- Nie ma za co. - Zaśmiałam się cicho.


Gdy zobaczyłam minę tych dwóch dziewczyn, prawie tam umarłam. Prawie musiały zbierać szczękę z podłogi.


- To ponowię pytanie. Jak się podobał mecz? - Zaśmiał się.
- Śmieszny. Z Kamilą płakałyśmy ze śmiechu. - Odpowiedziałam. - Zupełnie jak teraz.
- To nie było śmieszne. - Jęknął.
- Było. - Poparła mnie przyjaciółka z uśmiechem.
- Dużo wam zostało czasu? - Spytał.
- No z jakieś dwie godzinki mamy do pociągu, a co?
- Bo zaraz mamy krótką  konferencję w Dworze Artusa.
- Nie mamy wejściówek. Dzwoniłam do radia przez tydzień i nikt nie odbierał, a wczoraj gdy łaskawie odebrali powiedzieli, że już ich nie ma. - Mruknęła Kamila. - Więc lipa.
- Serio... Czy odbieranie telefonów, aż tak boli?
- Jak widać.
- To zajmie gdzieś tak z pół godziny, poczekacie?
- Jasne. Poszwendamy się po Starówce czy coś. - Uśmiechnęłam się. - No już uciekaj, kibice się niecierpliwią. - Uśmiechnęłam się do niego.
- No dobra. Tylko się nie zgubcie. - Cmoknął mnie w policzek na pożegnanie i poszedł.

Z uśmiechem odsunęłyśmy się od barierek. Widziałam jak te dziewczyny próbowały zabić mnie wzrokiem. W końcu udało nam się wydostać z tego tłumu, więc poszłyśmy w swoją stronę. Rozmawiałam z Kamilą o tej całej sytuacji. Było to dla nas śmieszne. Te pół godziny zleciało nam jak z bicza strzelił, więc pognałyśmy pod Dwór Artusa. Nie musiałyśmy długo czekać, bo dosłownie po paru sekundach zobaczyłyśmy Wojtka. 

- Ale żeś się zjarał. - Stwierdziłam po czerwonych jak rak ramionach i twarzy. 
- Zaczynam to odczuwać. - Zaśmiał się. 
- Chodźcie pójdziemy do drogerii po jakiś balsam czy coś, bo jutro nie będziesz w stanie żadnej koszulki założyć. - Powiedziałam i po chwili byliśmy w Rossmannie. 

Wzięłam balsam chłodzący po opalaniu i go kupiłam. Te zakupy zajęły nam dwie minuty. Po wyjściu od razu postanowiłam mu pomóc. 

- Dobra dawaj te ramiona, bo juto będziesz stękał z bólu. - Zaśmiałam się. 
- Twój nos. - Pokazał mi język. 
- Serioo? - Jęknęłam i szybko przejrzałam się w lusterku. - Niech to szlag. - Mruknęłam.
- Dwa Rudolfy się dobrały. - Moja przyjaciółka zaczęła się śmiać. 
- Dobra dawaj ten balsam, bo zaczynam coraz bardziej to odczuwać. 
- Już. - Z trudem powstrzymywałam śmiech.

Otworzyłam balsam i po chwili nasmarowałam jego ramiona. Chłopak musiał niemalże kucnąć, bo był żyrafą. Ja zaś nasmarowałam sobie nos i całą twarz, Kamila zrobiła to samo. Potem zrobiliśmy sobie spacer po Toruniu. 

- Dobra my będziemy uciekać, bo pociąg zaraz nam ucieknie. - Stwierdziłam, po tym jak spojrzałam na zegarek w telefonie.
- To może ja was odprowadzę, co? 
- A sam się nie zgubisz w drodze powrotnej? - Spytałam.
- Proszę Cię, ja? - Posłał mi znowu swój uśmiech. 
- No spoko. - Zaśmiałam się. 

Poszliśmy na stację Toruń Wschodni, bo było o wiele bliżej niż do Głównego. Podczas drogi siatkarz splótł mocno nasze palce. Spojrzałam na niego z uśmiechem. Kiedy dotarliśmy na peron, Włodarczyk od razu wyciągnął telefon i zrobiliśmy sobie grupowego selfiaka, a potem tylko ja z nim i to jeszcze jak całował mnie w czubek głowy. 

- Nasz pociąg jedzie. - Odezwała się Kamila.
- No dobra dziewczyny macie na siebie uważać. 
- Spoko, jak przyjedziemy to będzie jeszcze widno. - Zaśmiałam się.
- Ale i tak. - Powiedział z uśmiechem. - Jak tylko wrócę do Polski, to cię odwiedzę.
- Tylko, żebyś nie trafił na dzień egzaminu. 
- A kiedy masz? 
- 24 czerwca. 
- To po egzaminie. - Cmoknął mnie w czoło. - Dobra, to uciekajcie i napiszcie, czy dojechałyście.
- Jasne. - Uśmiechnęłam się. 
- A i Kamcia. 
- Co? 
- Nie odbieraj telefonu jak jesteś najebana, obie. - Parsknął śmiechem.
- Co? - Spojrzałam na przyjaciółkę nieco zdezorientowana. 
- Nie pamiętacie? 
- No chyba coś mi umknęło. - Zaczęłam się śmiać. - Boże co za wstyd. 
- No już. Lećcie. - Pogonił nas bo drzwi akurat się otworzyły. 

Kiedy wyruszyłyśmy w ich stronę, wróciłam się szybko i pocałowałam na pożegnanie. 

- Dobra teraz możesz iść. - Zaśmiał się chłopak i pomachał na pożegnanie, kiedy już wsiadłyśmy do pociągu. 

Szczerze miałam ochotę zabić Maćkowiak za to, że mi w ogóle nie powiedziała, ale gdyby to zrobiła, to nic z tych rzeczy się by nie wydarzyło i za to byłam jej wdzięczna. 

____________________________________________________________

Witam Was ponownie :)
Mam nadzieję, że rozdział Wam się spodobał i liczę na wasze opinie.
Z racji tego, że już jutro Wigilia, chcę życzyć Wam Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku i podziękować za niesamowity prezent w postaci 12000 wyświetleń! :)
Do zobaczenia wkrótce! :)

środa, 9 grudnia 2015

Rozdział 12: Maćkowiak nie żyjesz

   
Na początek chciałam się przywitać :D 
Tutaj łapcie kolejny rozdział, który mam nadzieję, że się spodoba ;)
Chcę podziękować za ponad 10800 wyświetleń! To jest obłęd! <3
Życzę miłego czytania i do następnego! 
P.S. Komentarze są bardzo motywujące, więc dajcie znać, co sądzicie :)

___________________________________________________________


      Po rozmowie z rodzicami ustaliliśmy, że wracam z Grudziądza w poniedziałek, czyli ten dzień mam wolny od szkoły. Zaskoczyło mnie to, ponieważ zawsze byli dość sceptyczni na moje opuszczanie szkoły, no chyba że to była ostateczność.
     W szkole zaliczyłam bez problemu te sprawdziany, co mi zapowiedzieli, po czym pojechałam szybko do domu. Spakowana byłam już od wczoraj, więc o to nie musiałam się już martwić.

- O fajnie, że jesteś, zjesz obiad i możemy jechać. - Przywitała mnie takimi słowami mama.
-  No fajnie. - Uśmiechnęłam się i poszłam szybko się odświeżyć.

Po wszystkich potrzebnych i wykonanych czynnościach poszłam do kuchni zjeść obiad, jak mama prosiła.

- Dopakowałam ci jeszcze parę rzeczy, bo znając ciebie i Kamilę to gdzieś jeszcze pewnie do klubu dzisiaj pójdziecie.
- Prawdopodobnie, ale pisała mi, że w Grudziądzu leje i jest burza, więc prędzej kupimy sobie coś w sklepie i będziemy oglądały filmy. Ale dzięki. - Uśmiechnęłam się.
- Ale masz dobry humor.
- Mamo nie widziałam się z nią ponad miesiąc, mamy sporo do nadrobienia.
- Ale już się tak nie stresujesz?
- Nie no co ty. Teraz to jadę jak do rodziny. - Zaśmiałam się i dokończyłam jedzenie zupy.

Szybko po sobie posprzątałam. Dopakowałam jeszcze ładowarkę i parę kosmetyków, po czym po prostu zapięłam walizkę.

- Zdajesz sobie sprawę, że jedziesz tylko na trzy dni? - Zaśmiał się tata, widząc, że ledwo mi się to udało.
- Ale wiesz, trzeba mieć wybór, a po za tym to są same niezbędne rzeczy. - Zawtórowałam mu.
- Jasne, jasne. Ciekawe co by było, gdybyś gdzieś jechała na dłużej niż tydzień.
- Pewnie dwie walizki to by było za mało. - Stwierdziłam non stop się uśmiechając.
- Oj Domcia, co my z tobą mamy. - Westchnął i poszedł sobie.

Pokręciłam głową z dezaprobatą, dalej się śmiejąc pod nosem. Zaniosłam walizkę do przedpokoju. Obejrzałam i obróciłam się w lustrze.

- No już. Dobrze wyglądasz. - Usłyszałam, jak mama się ze mnie śmieje.
- Widzę, że masz ze mnie niezły ubaw.
- No jak zawsze. - Poklepała mnie po ramieniu.
- Z dopiskiem kochająca mama. - Mruknęłam pod nosem.
- Słyszałam! - Krzyknęła z łazienki.

      Tata słysząc naszą wymianę zdań zaczął się śmiać. Zaniósł po chwili moją walizkę do samochodu. Zarzuciłam na siebie swoją skórzaną skórę. Co z tego, że był już czerwiec, jak wcale nie było ciepło. Po paru minutach siedziałam z tyłu w samochodzie. Z racji tego, że tata dużo jeździł i znał te drogi na wylot, nie potrzebował nawigacji, tylko jechał sobie od tak.  Po dwóch godzinach wysłałam Kamili esemesa, że jestem na moście i spotykamy się pod Makiem jak zawsze.

- Jezu w końcu. - Szepnęłam podekscytowana.
- Tylko wiesz, Domcia.
- Tak wiem, mamo. Mam być grzeczna, pilnować porządku i w ogóle. - Zaśmiałam się.

Kiedy zaparkowaliśmy na parkingu pod McDonald'sem, od razu wysiadłam, bo widziałam swoją przyjaciółkę. Podbiegłam do niej.

- Hej! - Pisnęłam i mocno się przytuliłyśmy.
- No siema. - Zaśmiała się. - Dzień dobry! - Przywitała się z moimi rodzicami.
- Dzień dobry. - Odpowiedzieli chórkiem.
- Dzień dobry. - Przywitałam się z mamą Kamili.
- Cześć Domcia! - Uśmiechnęła się.

I to był ten moment, kiedy nasi rodzice się poznali. W czasie kiedy oni sobie ucinali miłą pogawędkę, ja wzięłam swoją walizkę.

- Długo jechaliście,
- Rodzice postanowili, że pojadą sobie starą jedynką, czyli przez Tczew i inne zadupia. A tam non stop ruch wahadłowy, bo remonty. Normalnie myślałam, że korzenie zapuszczę. - Mruknęłam. - Ale jestem, przybyłam.
- Haha i to w wyśmienitym humorze.
- No a jak! - Powiedziałam z entuzjazmem. - Ale ty coś niekoniecznie.
- Czy ty widzisz, co ja mam na głowie?
- Byłaś u fryzjera. To wiem.
- Mam kurwa blond tęcze na głowie. - Mruknęła niezadowolona.
- Pokaż to. - Powiedziałam i obróciłam dziewczynę tyłem.
- Widzisz?
- No najlepiej nie jest, ale może jak umyjesz głowę, to się kolor wyrówna.
- Jo. Chuja, nic się nie wyrówna.
 - Spokojnie. Zobaczymy. - Uspokajałam ją.

Po chwile pożegnałyśmy się z moimi rodzicami i pojechałyśmy jeszcze do Intermarche po zakupy, a potem do domu.

- No dzisiaj z Coola chyba nici.
- No lipna pogoda jest. - Przytaknęłam. - Ale mamy prowiant, więc spoko. - Zaśmiałam się.
- Joo znowu noc z horrorami.
- Niedługo nam się filmy skończą. - Powiedziałam.

Wzięłyśmy sobie z kuchni szklanki, zrobiłyśmy drinki, a potem poszłyśmy do Kamili pokoju. Włączyłyśmy sobie horror. Nie urwał dupy, że tak powiem, bo chyba wszystkie możliwe już miałyśmy obejrzane i byłyśmy dość wybredne w tej kategorii. Gadałyśmy długo. Bardzo długo. Zdążyłyśmy we dwie całą połówkę wypić. Było wesoło.

- A coś się odzywał? - Spytała w końcu.

Pokazałam jej swój telefon. Ta zaczęła przeglądać połączenia i wiadomości. Wybałuszyła oczy.

- No powiem ci, dobija się.
- Ja nie potrafię z nim rozmawiać. Boję się. - Szepnęłam.
- Przecież on cię nie zje.
- Kami... Po prostu nie chcę sobie robić znowu nadziei, on mnie znowu pocałuje i co? Znowu nie będzie nic znaczyło?
- A powiedział Ci to wprost?
- Doskonale wyczytałam to z jego wyrazu twarzy. Jego zmieszanie i zakłopotanie było wręcz wymalowane. - Mruknęłam i wypiłam do końca swojego drinka.

W pewnym momencie Kamila odebrała telefon.

- Halooo? - Spytała i wzięła na głośnomówiący
- Domcia? - Usłyszałam męski głos
- Nieee. - Zaczęła się śmiać.
- Jesteś najebana...
- Ale o czym ty mówisz? Ja najebana? - mówiła dość pokracznie.
- Domcia nie rób sobie jaj.
- Ale to nie Domcia, cukiereczku. - Mruknęła i zaczęła czkać.
- A kto mówi!? Halo?!
- Kamiiila. - Zaczęła się śmiać, a ja razem z nią.
- Domcia jest tymczasowo niedostępna. - Mruknęłam. - Adios amigos. - Dodałam i się położyłam.

Kamila się rozłączyła po chwili. Obie zaczęłyśmy się śmiać. Nie minęło pięć minut i zaczął dzwonić telefon kolejny raz. Ale tym razem nie mój, tylko przyjaciółki.

- Halo? - Usłyszałam ponownie blondynkę.
- No siema Kamcia, co się tam dzieje? - Usłyszałam i rozpoznałam głos młodego Piechockiego.
- Nic, a co ma się dziać? - Zaczęła się chichrać.
- Włodarczyk do mnie pisze i wydzwania zdenerwowany, spanikowany, że jakaś gruba libacja, wszyscy najebani, że odebrała jakaś dziewczyna, też najebana...
- Kacperku, co jak co, ale ja najebana nie. - Zaczkała. - Nie jestem.
- Oj jesteś i to dość solidnie... - Zaczął się śmiać.
- Nie prawda! - Oburzyła się. - Tylko delikatnie wstawiona.
- A co z Dominiką pijecie?
- Dominika żywa i obecna! - Podniosłam się i zaczęłam śmiać.
- Na to już mi nie musisz odpowiadać. - Sam zaczął się z nas śmiać. - Dobra to mu powiem, że fałszywy alarm. Trzymaj się.
- No. Pa. - Rozłączyła się i odłożyła telefon.

Zasalutowałam i poszłam spać.
     Gdy rano się obudziłyśmy (czyli o 13:00), było źle. Ale wstałyśmy.

- Osz ty w mordę. - Jęknęłam i się podniosłam.
- Stara ja więcej wódki nie tykam. - Mruknęła Kamila.
- Mówisz? - Spytałam i przetarłam twarz.
- Dobrze, że dzisiaj tego nie zrobiłyśmy, bo do Torunia nie wiem jak byśmy się doczłapały. - Zaśmiała się.

Gdzieś koło popołudnia dopiero poszłyśmy sobie na miasto połazić i się dotlenić, żeby się lepiej poczuć. Przy okazji kupiłyśmy na jutro bilety na pociąg. Wróciłyśmy do domu, to akurat Kamili mama wróciła też.

- Dzień dobry. - Powiedziałam.
- Cześć dziewczyny. W sam raz na obiad.
- O super! - Uśmiechnęła się przyjaciółka.

Po konsumpcji posiłku postanowiłyśmy, że będziemy gniły do końca dnia, bo nic nam się nie chciało. I tak się stało.

*

Niedziela. Nie dość, że wolny dzień, to jeszcze czekała nas wycieczka do Torunia, a dokładniej na Plażę Gotyku. Wstałyśmy sobie gdzieś o ósmej rano. Na spokojnie się ogarnęłyśmy, zjadłyśmy śniadanie, zrobiłyśmy porządek w jej pokoju.

- Gotowa? - Spytała Kamila.
- Już chwilę, tylko rzęsy dokończę malować i możemy iść. - Odpowiedziałam.

Kiedy skończyłam malowanie, wzięłam swoją torbę i poszłyśmy na pociąg. Pogoda w Grudziądzu była trochę nieciekawa, ale miałam nadzieję, że w Toruniu będzie lepiej. I tak się stało! Kiedy tylko wysiadłyśmy, poczułyśmy to ciepło. Ten gorąc! Zrobiłyśmy już na samym wstępie dużo snapów i zdjęć. Tak. Typowe turystki. Włączyłyśmy sobie mapę, żeby wiedzieć, jak na Stare Miasto dojść. Droga na szczęście skomplikowana nie była. 

- Dobra tara idziemy do biedry, bo mam Saharę w pysku. - Jęknęła przyjaciółka.
- Spoko, bo ja też zaczynam to odczuwać. 

O dziwo na Starówce były same drogerie, bary szybkiej obsługi i cała masa sklepów. Po chwili w supermarkecie kupiłyśmy to, co chciałyśmy i poszłyśmy dalej. Pochodziłyśmy sobie dość długo. Kiedy znalazłyśmy miejsce, gdzie wszystko miało się odbyć, posiedziałyśmy sobie chwilę na krzesełkach i pooglądałyśmy, jak młodzi grają w plażówkę. 

- Ty. Do meczu zostały jeszcze z dwie godziny. Idziemy się przejść? - Spytałam.
- Jasne. Tylko jakoś w miarę prosto, żebyśmy się nie zgubiły. 
- Nie no spoko. Damy radę. - Uśmiechnęłam się, po czym obie wstałyśmy i poszłyśmy. 

Postanowiłyśmy pójść do Lenkiewicza. Słyszałyśmy opinie, że są tam najlepsze lody w calusieńkim Toruniu. I tak było. Na początku nam się wydawało, że 3 złote za kulkę to zdzierstwo, ale kiedy zobaczyłyśmy jakiego rozmiaru są te kulki, to wysiadłyśmy. Porcje były tak wielkie, że ledwo to zjadłyśmy. 

- Wiesz co? Ja chyba do końca dnia nic nie zjem. - Zaśmiałam się.
- Ja też nie. Jezu, ale to były wielkie porcje.
- No. Zajebiście wielkie. - Przyznałam.
- Idziemy dalej? - Spytała.
-Jo. 

Po paru minutach ponownie byłyśmy w drodze na główną uliczkę. W pewnym momencie trochę zamuliłam i zaczęłam czegoś szukać namiętnie w internecie. 

- Domcia... - Zaczęła Kamila, a ja nic. - Dominika... - Szturchnęła mnie, a ja dalej muliłam w swoim świecie. - SZAFRANIEC! - Wydarła się w końcu.
- CO?! - Spytałam zdezorientowana i spojrzałam na nią.
- Twój mąż idzie. 
- Co? - Spojrzałam na nią taka otępiała. 
- Patrz. - Pokazała brodą przed siebie.

Spojrzałam tam, gdzie ona i zamurowało mnie całkowicie. 

- Maćkowiak nie żyjesz. - Powiedziałam wkurzona. 

poniedziałek, 30 listopada 2015

Rozdział 11: Oddam mu te kluczyki i będzie po sprawie

    Witam Was ponownie! :D 
Na szczęście blogger się na mnie już nie gniewa i mogłam napisać kolejny rozdział haha :)
Dziękuję wam za 9800 wyświetleń! Nie spodziewałam się takiego wyniku na tym blogu! 
Mam nadzieję, że rozdział się spodoba i do następnego :)
____________________________________________________________

 Przez całą podróż do domu myślałam tylko o tym, co się wydarzyło na peronie. Byłam trochę jak w amoku. Nie ogarniałam za bardzo,co się dzieję. Jak się mogłam spodziewać, kiedy tylko przekroczyłam próg domu, a była to prawie 2:30, mama stała przed drzwiami.
No to po mnie. 


- No... Wpadłaś kochanieńka. Tak długo mecz na pewno nie trwał, tym bardziej, że Polska wygrała 3:0. - Powiedziała dość zdenerwowana.

- Mamo... - Jęknęłam. - No bo kolegę spotkałam...
- Nie interesuje mnie to! Miałaś zadzwonić po tym, jak się skończy mecz! Z ojcem od zmysłów odchodziliśmy! Gdzieś ty się szlajała?!
- Byłam w Sopocie... - Mruknęłam i podrapałam się po głowie.
- W SOPOCIE?! No świetnie...
- Mamo możemy porozmawiać o tym rano? - Spytałam, bo byłam wykończona.
- O możemy i porozmawiamy. Póki co masz szlaban na wyjścia z przyjaciółmi.
- Ale mamo!
- Nie ma! Już pomijając wszystkie mecze... Widziałaś swoje oceny?! Jak ty chcesz zdać egzamin zawodowy?! -  Wydarła się.

    Coś czułam, że miarka się przebrała. Zamilkłam i poszłam do swojego pokoju. Po części miała racje, Moje oceny to nie jest szczyt marzeń. Przebrałam się w piżamę. Już nawet nie zmywałam makijażu, tylko poszłam spać. Wiedziałam, że rano też nie będzie tak miło.

*

     Tak jak się spodziewałam rano nie było kolorowo. O dyskusji z moją mamą nawet nie było mowy. Wiedziałam, że mam przekichane. Zbudziłam się o siódmej. Nie próbowałam wszczynać dyskusji o nie pójściu na dwie pierwsze lekcje, bo dopiero by mi się oberwało. 
Byłam lekko mówiąc nie do życia. Kiedy zobaczyłam się w lustrze, przeżegnałam się. No tak nie zmyłam makijażu. Dokładnie umyłam twarz i poszłam do kuchni. Mama też była tego dnia w domu. 

- Dzisiaj po szkole wracasz prosto do domu. - Powiedziała na wstępie. 
- Wrócę parę minut później, bo muszę koledze kluczyki od samochodu oddać. - Odparłam. 
- Ukradłaś mu kluczyki do auta?! 
- Nie! Debil chciał jechać po trzech piwach, to powiedziałam, że nie ma mowy i mu je zabrałam i dzisiaj mu je oddam. Jezu nie spodziewałam się, że uważasz mnie również za złodziejkę. - Warknęłam i poszłam się ogarniać. 
- Co to za kolega? - Poszła za mną. 
- Wojtek... Nie znasz. 
- No i pewnie nie poznam. Dziecko co ty wyprawiasz ze swoim życiem? 
- Jezu oddam mu te kluczyki i będzie po sprawie! Co ty masz znowu za problem?! To jest moje życie i moja sprawa co z nim robię! 
- Dopóki mieszkasz pod moim i ojca dachem, to liczysz się z naszym zdaniem! 
- Mogę się z nim liczyć, ale nie będziecie podejmowali za mnie żadnej decyzji! 
- Jeszcze się okaże. Jak ci nie pasuje to się wyprowadź.
- Czekam tylko na moment aż skończę szkołę. Wiesz już nie mogę się doczekać. - Odparłam sarkastycznie. 

Ubrałam się i delikatnie umalowałam, spakowałam się do szkoły, wzięłam kurtkę i wyszłam. Szczerze już miałam tego wszystkiego dość. Usłyszałam swój telefon.

- Halo?! - Warknęłam. 
- Zapomniałaś kanapek.
- Kupię sobie w szkole. - Powiedziałam i się rozłączyłam. 

     Ten dzień w żadnym wypadku nie zapowiadał się dobrze. W szkole za to trochę się odprężyłam. Mimo niezapowiedzianego sprawdzianu z matmy, jakoś udało mi się dostać z niego 4-, co było dla mnie dość wielkim cudem.   

- A ty co taka nie w sosie? - Usłyszałam Natalię. 
- Pokłóciłam się z mamą. Norma. - Mruknęłam bez entuzjazmu.
- A mecz jak? 
- Mecz był zajebisty! Polacy wygrali, więc jeszcze lepiej. - Zaczęłyśmy rozmawiać. 

Ta wiedziała, jak odwrócić moją uwagę. Mimo że nie za bardzo interesowała się siatkówką, wypytywała o każdy szczegół. Cieszyła się po prostu razem ze mną, że udało mi się spełnić swoje marzenie.

- A słuchaj pojedziesz ze mną po szkole do Bałtyckiej? Muszę sobie jakąś sukienkę ogarnąć. 
- Eee. Po szkole nie mogę, bo jadę pod Ergo znowu, bo muszę koledze kluczyki oddać...
- Koledze? - Uniosła brew. - Dobra Szafraniec nie kituj mi tu, widzę ten uśmiech,. 
- To tylko kolega! - Zaśmiałam się głośno.
- Jasne, jasne. Chodzi o Wojtka? 
- A ty skąd wiesz?!
- Instagram kochana. 
- No dobra masz mnie. - Mruknęłam i zaczęłam jej opowiadać całą historię. 

Zaczęła się ze mnie śmiać po chwili.

- Co? 
- Serio podpieprzyłaś mu kluczyki? 
- Nie podpieprzyłam, bo on o tym wie. Po prostu nie pozwoliłam mu na prowadzenie auta po alkoholu. 
- Doma jaka bohaterka.
- Ktoś z tej dwójki musiał myśleć. - Zaśmiałam się. - Po szkole jadę mu je oddać. 
- A co na to twoja mama? 
- Stwierdziła, że jestem głupia, nieodpowiedzialna i w ogóle... Dobra ja wiem, że moje oceny to nie są same szóstki i piątki, no ale bez przesady, tak? Zdam na luzie, zawodowe też, więc nie wiem po co ta sieje taką panikę. 
- A o której byłaś w domu? 
- Około 2:30... 
- Coś ty tyle robiła?! - Spytała zdziwiona. - A dobra... Wojtek... I nie poruszał tematu? 
- Nie musiał. Na pożegnanie mnie pocałował. Ale wątpię, że to coś w ogóle znaczyło. Przecież to siatkarz. Gdzie ja i on...
- Przestań pierdolić takie głupoty. Nie zrobiłby tego bez powodu. 
- No niby. Ale nie zdziwię się, jak po dzisiejszym spotkaniu kontakt się urwie. - Szepnęłam.
- Nie bądź taka pesymistyczna. 

     Dotrwałam do końca lekcji i pojechałam pod Ergo Arenę. Nie mogłam o tym myśleć. Przecież on takie jaj ja może mieć na pęczki. Dobra nie myśl o tym, pomyślałam i wsłuchałam się w muzykę lecącą ze słuchawek. Po 30 minutach byłam pod halą i czekałam na niego. 

- No jesteś w końcu. - Zaśmiałam się. 
- Sory, korki były. - Pocałował mnie w policzek. 
- Tu masz kluczyki. I błagam nigdy więcej takich posranych pomysłów. - Jęknęłam. 
- No spoko. - Posłał mi swój czarujący uśmiech. - Skusisz się na kawę? Albo obiad? 
- Nie tym razem niestety nie. Jestem uziemiona u muszę wracać do domu, bo nie dożyję jutra. - Mruknęłam. 
- Aż tak?
- Byłam o w pół do trzeciej w domu, czego ty oczekiwałeś? 
- I to przeze mnie... To chodź wezmę samochód i cię odwiozę, będzie szybciej. 
- Nieee. Muszę jeszcze do wujka podejść po jedną książkę. Innym razem. 
- Innego może nie być. - Zaczął mnie przekonywać.
- Jakoś z tym przeżyję. - Puściłam mu oczko. 
- Słuchaj, a wracając do wczorajszego.... dzisiejszego...
- To nic nie znaczyło, wiem. Spoko. - Weszłam mu w słowo. - Muszę iść. Trzymaj się. - Powiedziałam i poszłam w swoją stronę. 

     Czyli było tak jak myślałam. To absolutnie nic nie znaczyło. Na przystanek akurat podjechał autobus, więc na niego podbiegłam i pojechałam szybko do wujka, zabrałam co miałam do zabrania i pojechałam do domu. Siedziałam w autobusie zamyślona. W pewnym momencie usłyszałam swoją ukochaną piosenkę. Wzięłam głęboki oddech.
Szafraniec nie wyj, tylko nie wyj. To nic nie znaczyło, wiedziałaś o tym. Wmawiałam sobie, żeby się nie rozpłakać. Nie wiem czemu tak zareagowałam.
     Kiedy weszłam do domu, od razu poszłam do swojego pokoju i się w nim zamknęłam. Wyjęłam telefon z torby i od razu wybrałam numer swojej najlepszej przyjaciółki.

- Halo? - Usłyszałam po paru sygnałach.
- Wiesz co? Chyba potrzebuję przyjaciółki. - Powiedziałam łamiącym się głosem.
- Jezu, co się dzieje?
- Po meczu wczoraj się z nim widziałam... - Zaczęłam jej opowiadać.

Opowiedziałam swojej przyjaciółce od A do Z wszystko, co się wydarzyło. Łącznie z dzisiejszym. Na koniec chcąc nie chcąc uroniłam kilka łez. Z kilku nagle zrobiło się ich morze.

- No ej Domcia co ty... Nie płacz...
- Ja tego nawet nie kontroluję. - Wyszeptałam. - Po co ja głupia robiłam sobie nadzieję.
- A powiedział Ci to?
- Wyczytałam to między słowami i po jego wyrazie twarzy. - Podciągnęłam nosem.
- Jak ja go dopadnę... Niech tylko go spotkam na meczu jak Bełchatów będzie u nas...
- On odszedł ze Skry. - Oznajmiłam.
- CO?! Gdzie on gra?
- W Cuprum.
- Jeszcze lepiej. - Mruknęła. - Stara nie martw się. Nie masz czym. Pogadam jeszcze z Kacprem.
- Kręcisz z nim?
 - Tylko piszemy. - Zaśmiała się. - Ale przynajmniej nie jest taki gnojkowaty jak się wydawał.
- Dobrze, że chociaż tobie się układa. - Wyszeptałam.
- Dominika słoneczko, chodź do kuchni, musimy porozmawiać. - Wszedł nagle mój tata do pokoju.

Spojrzałam na niego. Byłam przecież cała zapuchnięta i zapłakana, więc nic dziwnego, że był zdziwiony.

- Zaraz. Rozmawiam przez telefon. - Odpowiedziałam spokojnie, wycierając policzki.
- Dobrze. - odparł i zamknął z powrotem drzwi. - Jest cała zapuchnięta i zapłakana... - Usłyszałam, jak mówił do mojej mamy.
- Muszę kończyć. Rodzice chcą ze mną porozmawiać.
- Jasne. Trzymaj się tam.
- Postaram się. - Wymusiłam uśmiech i się rozłączyłam.

Kiedy odsunęłam telefon od ucha, zobaczyłam, że mam wiadomość. Od Wojtka. Nie odczytałam jej. Odłożyłam telefon, wytarłam twarz i poszłam do kuchni, tak jak tata mnie prosił. Usiadłam na krześle przy stole.

- Dominika... - Zaczął tata.
- Wiem... To co zrobiłam było skandaliczne... Powinnam była chociaż zadzwonić... - Wyszeptałam ze skruchą. - Mama ma racje, jestem nieodpowiedzialna...
- Nie o to nam chodziło. - Zwrócił mi uwagę.
- Ktoś tu chyba coś przemyślał. - Szepnęła.
- Miałam na to cały dzień. - Odpowiedziałam. - Wiem jestem uziemiona pewnie do momentu aż nie poprawię ocen.
- To fakt, ale... - Próbowała dokończyć rodzicielka.
- Słońce co się z tobą ostatnio dzieje? Jesteś roztargniona, zamyślona, dzisiaj wróciłaś z płaczem do domu?
- Po prostu mam parę swoich, beznadziejnych jak na mój wiek problemów. To wszystko. - Odpowiedziałam.
- Skoro płaczesz, to nie jest dobrze.
- A czy ja kiedykolwiek powiedziałam, że jest? - Spytałam.
- To co się dzieje? - Spytała mama.
- Po prostu zrobiłam sobie fałszywą nadzieję, że ja i pewien ktoś... Że ten ktoś coś czuje, tak nie jest i tyle. - Powiedziałam z gulą w gardle.
- Co? - Usłyszałam tatę, bo chyba nie zrozumiał.
- Dominika ma złamane serce.
- Aż tak to nie. - Zaśmiałam się smutno. - Pozwolicie, że pójdę się trochę pouczyć... - Wstałam.
- Jest piątek. - Uniosła brew mama.
- I? Mam sporo rzeczy na poniedziałek. Im szybciej zacznę, tym szybciej się z tym uporam. - Stwierdziłam i poszłam do swojego pokoju.

Włączyłam komputer i odpaliłam swoją playlistę. Wyciągnęłam wszystkie potrzebne mi materiały i zaczęłam robić notatki. Wolałam już się uczyć niż zaprzątać tym wszystkim swój umysł.

     Nie chciałam z nim rozmawiać, nie chciałam z nim pisać, nie odbierałam od niego telefonów, nie odpisywałam na żadne wiadomości, nawet te na instagramie. Starałam się jakoś to przeboleć, chociaż było ciężko.  Na szczęście Natalia i Kamila nie pozwoliły mi się załamać. Podnosiły mnie na duchu jak tyko mogły. 
     Rodzice w końcu dali mi trochę przestrzeni i przestali na mnie naciskać. Nie poruszali tematu wcale, jedynie nauki, co było do zniesienia. W tym czasie starałam skupić się na poprawieniu ocen i jak najlepszym przygotowaniu do egzaminów, bo były za niecałe trzy tygodnie. 

- W środę jest wywiadówka, żeby nie było, że nie mówiłam. - Powiedziałam, jak wróciłam do domu.
- O której? - Usłyszałam mamę.
- O 17, jak zawsze.
- A co w szkole?
- A nie najgorzej. - Podeszłam do salonu, kiedy zdjęłam kurtkę, buty i odstawiłam torbę. - Zapowiedzieli nam kolejny sprawdzian, ale materiał do zniesienia, czyli nie będzie tragedii.
- Serio wzięłaś się za naukę. - Zdziwiła się.
- Wiem, że w moim wykonaniu to cud, ale dam radę. - Uśmiechnęłam się.
- Wiem, że dasz. W końcu po kimś w tej rodzinie charakter musisz mieć. - Zaśmiała się.
- Telefon ci dzwoni.
- Co? - Spytałam. - A. Dobra. - Zaśmiałam się i poszłam zobaczyć, kto to.

Zaraz uśmiech zszedł mi z twarzy. Włodarczyk.  Nie odrzuciłam, ale po prostu nie odebrałam. Wróciłam do salonu.

- Kto to?
- Nikt... - Mruknęłam. - Słuchaj mamuś a mogę jechać do Kamili za tydzień w piątek?
- Na ile? - Spytała.
- Tak na weekend. Mamy parę spraw do obgadania, a po za tym w sierpniu jest Memoriał Wagnera w Toruniu i chciałybyśmy pojechać, a mam jeszcze resztę ze swojej wypłaty, to bym sama kupiła bilety i w ogóle.
- Pociągiem?
- No. A co to za problem? - Spytałam.
- Żaden. Może tata cię podwiezie?
- Jakby chciał i mógł to czemu nie. - Zaśmiałam się.
- Ale po szkole? - Upewniła się.
- No tak. W piątek mam dwa sprawdziany, więc muszę być i je zaliczyć i mieć święty spokój. Gdzieś tak koło 16 podejrzewam.
- To spokojnie tata cię zawiezie. Nie będziesz marnowała kasy na bilety wte i wewte. - Uśmiechnęła się.
- To spoko. - Poszłam do swojego pokoju.

Ubrałam się w swój ulubiony czarny dres i poszłam odrobić lekcje. Ostatnio tak się zmotywowałam do nauki, że mama się śmiała, że jej córki podmienili, a prawda była taka, że musiałam się czymś zająć, żeby o TYM nie myśleć. A przynosiło to dobre skutki w postaci coraz lepszych ocen.