piątek, 12 sierpnia 2016

Rozdział 20: Ten chłopak nie jest mile widziany w naszym domu

       Cały pobyt w szpitalu wspominałam średnio dobrze, ale kto normalny by wspominał dobrze pobyt w szpitalu?  No na pewno nie ja. Koniec wakacji zbliżał się nieuchronnie, a ja zamiast spędzić te ostatnie dni najlepiej jak mogłam, tkwiłam w szpitalu jak głupia. Dzięki Bogu nadszedł wyczekany dla mnie dzień, czyli wyjście z tego okropnego miejsca. Od rana tylko wyczekiwałam, aż pojawi się mój tata i doktor z papierami do podpisania. I właśnie dlatego czas w mojej sali dłużył się i to niemiłosiernie. 

- Puk puk! - Wszedł do pomieszczenia ku mojemu ogromnemu zdziwieniu Wojtek, który dawno już miał być w Lubinie na przygotowaniach do sezonu.
- Hej! - Uśmiechnęłam się szeroko do niego. - Co ty tu robisz? 
- Postanowiłem jeszcze sprawdzić, jak się czujesz. - Przytulił mnie mocno. 
- Wiadomość dnia geniuszu, dzisiaj wychodzę. W końcu. 
- To dlatego żeś tak się odwaliła jak stróż w Boże Ciało, a ja myślałem, że dziwnym trafem się dowiedziałaś, że wpadam i to dlatego.
- Nie schlebiaj sobie. - Parsknęłam śmiechem. 
- Jak się czujesz? - Usiadł na łóżku obok mnie. 
- Dobrze już, serio. - Posłałam mu delikatny uśmiech. - Trener ci głowy nie urwie, że zamiast być na sali i ćwiczyć to się szlajasz, jakbyś jeszcze miał czas? 
- Prawdopodobnie to zrobi prędzej czy później, ale musiałem sprawdzić. 
- Coś się stało? 
- Czemu niby?
- Nie wiem, tak poważnie to powiedziałeś, jakby ci coś Piechu nagadał czy coś. 
- Ogólnie gadałem z nim dość szczerze, I tak jakoś wyszedł temat o tobie.
- Czemu o mnie? - Spytałam zdziwiona. 
- Bo jestem pieprzonym kretynem. Którego już nawet twoja mama nie znosi. 
- O mojej mamie nic mi nie mów, bo dalej z nią nie rozmawiam. - Powiedziałam. 
- Dalej? Domcia tydzień już z nią nie rozmawiasz. 
- I nie zamierzam. - Stwierdziłam. - To co zrobiła było okropne i nie puszcze jej tego płazem. To samo bym zrobiła, gdyby potraktowała kogokolwiek innego z moich bliższych znajomych. - Spojrzałam na niego. 
- Tylko żeby nie wyszło tak, że to się będzie ciągnęło latami jeszcze przeze mnie. 
- Nie no aż tak źle nie powinno być. - Zaśmiałam się pod nosem. - Z czasem się ogarnie. Mam nadzieję.
- Dobrze, że to dodałaś. Wracając do tematu trochę mi się zgadało o tobie. 
- I? - Spytałam i uniosłam brew, bo jakoś średnio podobał mi się fakt, że mnie obgadywali. 
- Jest jakaś szansa, żeby kontakt między nami się utrzymał? 
- Czemu zadajesz mi takie pytanie? 
- Bo wiem, że znajomość na odległość po jakimś czasie się potrafi urwać i to dość niespodziewanie, a tego bym nie chciał. - stwierdził i spojrzał na mnie. - Więc się zastanawiam, czy w ogóle chciałabyś utrzymać ze mną kontakt.
- Wiesz co... Pewnie wiele rzeczy wskazywałoby na to, żeby tego nie robić... - mruknęłam, a chłopaka zamurowało. 
- A rozumiem... - powiedział i wstał zmieszany.
- ALE. - dodałam głośno. 
- Nie no spoko nie musisz kończyć. W sumie jak sama powiedziałaś wybaczyć nie znaczy zapomnieć. - dodał i skierował się do wyjścia. 
- WOJTEK. - jęknęłam. - Kurwa mać. - Walnęłam się w czoło dość mocno i poszłam szybko za nim. - Dasz mi chociaż dokończyć? - Spytałam, gdy już stał na korytarzu. 
- A co tu kończyć, wyraziłaś się jasno. 
- Jak dasz mi skończyć to sam stwierdzisz, głupku. Chciałam dodać, że mimo wszystko chciałabym. - Dodałam.
- Serio? - Spytał z niedowierzaniem.
- Masz problemy ze słuchem? 
- Nie. - Odpowiedział i się uśmiechnął. 

     Widziałam jak jego oczy niemalże zaczęły się śmiać ze szczęścia. Tak się błyszczały. Odetchnęłam z wielką ulgą. Już myślałam, że mi się nie uda dokończyć tego, co chciałam powiedzieć. Przyjmujący podszedł do mnie i przytulił mnie. Ale nie jak kumpel kumpelę, tylko w ten drugi sposób. Położyłam dłonie na jego plecach, ale po kilku sekundach się odsunęłam, bo usłyszałam chrząkanie. Baaardzo mi znajome. Spojrzałam za plecy siatkarza, a tam stał mój tata. 

- Tato. - Moja twarz przybrała purpurowe kolory. 
- Wybaczcie, że przeszkadzam w tak pięknym zapewne momencie, ale możesz już iść do lekarza podpisać papiery i się stąd zwijamy. - Powiedział. - Cześć Wojtek.
- Bry, prze pana. - Podrapał się po głowie Włodarczyk. - Tak to ja już nie będę przeszkadzał i będę leciał. 
- Już? - Spytałam. 
- Sama powiedziałaś, że trener mi głowę urwie, za to że się szlajam. - Zaśmiał się. 
- No niby tak, ale... Co przejechałeś taki kawał, żeby pogadać ze mną parę minut? 
- Przyjechałbym nawet, gdybym miał cię zobaczyć przez 5 sekund. 
- Jasne, jasne. - Poklepałam go po ramieniu. - Idę do ordynatora, a wy tu sobie pogadajcie. - Uśmiechnęłam się delikatnie.
- Dominika.
- Nawet nie dyskutuj, wyjdziemy razem ze szpitala. - dodałam i po chwili zniknęłam za drzwiami gabinetu ordynatora oddziału. 

Cały wywiad i papierkowa robota przebiegły dość pomyślnie i przede wszystkim sprawnie, co na polskie szpitale potrafi być bardzo zaskakujące. Z teczką pełną dokumentacji po paru minutach wyszłam z gabinetu. 

- To co gotowa do wyjścia? - Spytał tata.

Dostrzegłam, że już ma zebrane wszystkie moje rzeczy, tak samo Włodarczyk. 

-Tak. - Zaśmiałam się. - Dajcie to cholera, nie jestem księżniczką. - zabrałam tacie swoją torbę i wzięłam na ramię. 
- Ale jesteś dziewczyną. 
- Czy ty mnie w tym momencie próbujesz zdyskryminować? - Uniosłam brew.
- No coś ty, tylko nie chcę, żebyś dźwigała.
- Aż tak źle ze mną nie jest, żebym miała ludzi od dźwigania moich rzeczy. - Uśmiechnęłam się.

Po krótkiej konwersacji w końcu opuściliśmy szpitalne mury. Pogoda nawet tego dnia dopisywała. Jak się okazało tata miał zaparkowany samochód troszkę dalej niż przypuszczałam, z racji tego, że nie było pod szpitalem miejsca. Droga zajęła nam niecałe dziesięć może piętnaście minut. Dostrzegłam swoją rodzicielkę w pojeździe.

- Dalej się nie odzywa? - Spytałam i spojrzałam na swojego tatę.
- Prędzej czy później jej przejdzie. - Machnął na to ręką, a ja parsknęłam śmiechem. - No dobra, dam wam chwilę. - Puścił mi oczko, zabrał wszystkie moje rzeczy i poszedł je spakować do bagażnika, a ja zostałam z Włodarczykiem "sam na sam".
- Sobie końcówkę wakacji zgotowałaś, nie powiem. - Zaśmiał się.
- Cicho. - Walnęłam go w ramię.

Postanowiliśmy trochę odejść od samochodu i zamienić kilka ostatnich słów na żywo z dala od mojej porąbanej rodzinki. Usiedliśmy na pobliskiej ławeczce.

- Kamila wie, że wychodzisz?
- Tak, ale nie mogła przyjechać. Rodzice ją wywieźli na ostatnie dni do babci.
- Słabo co?
- Nie... Nie mogę mieć jej tego za złe. Ma też swoje życie, swoje sprawy i swoje problemy. Wiem o nich wszystkich, ale są rzeczy do których nawet najlepszej przyjaciółce nie wypada się mieszać. - Stwierdziłam. - Nie jestem pępkiem świata.
- Nie chodzi o to, czy jesteś czy nie. Ale w końcu doszłaś do siebie i twojej najlepszej przyjaciółki, siostry niemalże nie powinno zabraknąć w takim momencie. Nie chcę was skłócić czy coś, ale tylko chcę zaznaczyć, że ona powinna tu być i chociaż się z Tobą pożegnać.
- Wojtek nie rób z igły wideł, proszę cię. Nie mogła być, wiem dlaczego i nie mam jej tego za złe. W przyjaźni też idzie się na kompromis. Więcej razy niż może Tobie się wydawać. A jak masz prawdziwego przyjaciela, to powinieneś to wiedzieć.
- Niby tak. - Mruknął. - Tylko szkoda, że jej nie ma.
- Pożegnałam się z nią wczoraj, nie bój się o to. - Uśmiechnęłam się pociesznie. - Czemu tak się nagle zacząłeś martwić o to, kto mnie pożegna a kto nie? Przecież to nie ma znaczenia.
- Nie wiem w sumie.... Tak jakoś. Fajnie by było jakbyśmy podczas sezonu się jeszcze jakoś spotkali.
- Jak będziesz grał w Bydgoszczy lub w Gdańsku to może wpadnę na mecz. - Uśmiechnęłam się. - Albo jak znajdziesz chwilę wolnego, to też nie pogardzę. - Dodałam.
- Albo jak ty znajdziesz, to też nie pogardzę. - Zaśmiał się cicho.
- Jasne... - mruknęłam. - Dobra ja się będę zwijała, bo odjadą beze mnie.
- No spoko, leć. Już Cię nie zatrzymuję. - Posłał mi ciepły uśmiech.
- To do zobaczenia? Kiedyś tam...
- Mam nadzieję, że do szybkiego zobaczenia. - Dodał.

Spojrzałam na niego z uśmiechem. DO BARDZO SZYBKIEGO ZOBACZENIA, pomyślałam w duchu. Nic nie mogłam na to poradzić, ten człowiek nie był kimś, na kogo mogłabym się obrazić na dłużej niż tydzień. Nawet śmiałam sądzić, że ten cały dramat związany z całym incydentem chyba dobrze nam zrobił, bo zdawało się, że oboje troszkę bardziej zaczęliśmy doceniać to co mamy. I to było najważniejsze.
W pewnym momencie po prostu podeszłam do niego i się przytuliłam. Nie tylko na pożegnanie. Chciałam po prostu poczuć, jak to jest znowu być w ramionach osoby, na której mi zależy. Tak. Zależało mi na nim. Mimo wszystkich obaw, temu nie mogłam zaprzeczyć. Najlepszym uczuciem było to, jak mnie mocno objął i złożył pocałunek na moich włosach. Po kilku długich (dla mnie i tak za krótkich) chwilach odsunęłam się od niego.

- No uciekaj, niech na ciebie nie czekają. - Usłyszałam.
- Okej. To cześć. - Powiedziałam i dość niechętnym i powolnym krokiem ruszyłam w stronę samochodu moich rodziców.

Wkrótce i on zniknął z pola mojego widzenia. Gdy usiadłam na tylnym siedzeniu od strony kierowcy, usłyszałam tylko swoją mamę.

- Żeby to było jasne. Ten chłopak nie jest mile widziany w naszym domu i ma się w nim nie pojawiać...




________________________________


Witam was! Mam nadzieję, że czekałyście na nowy rozdział :) Dziękuję Wam wszystkim za każdy komentarz pod rozdziałem. Nawet nie macie pojęcia jakie to jest dla mnie motywujące, że ktoś czyta moje opowiadanie. Ba! Je komentuje! Dlatego proszę was o opinie (każdą, naprawdę).

CO WAŻNIEJSZE. DZIĘKUJĘ Z CAŁEGO SERCA ZA PONAD 25 000 WYŚWIETLEŃ! Jest to dla mnie naprawdę niesamowity wynik i serce mi rośnie, gdy widzę, że ta liczba codziennie się powiększa <3
Do następnego :) 

wtorek, 9 sierpnia 2016

niedziela, 17 lipca 2016

Rozdział 19: Jak możesz być taką hipokrytką?!

     Gdy tylko zobaczyłam wzrok, jakim moja mama obdarzała Włodarczyka, wiedziałam, że ma przechlapane. Nastała dość niezręczna cisza.

- No takiego obrotu spraw to ja się nie spodziewałem. - Odezwał się mój tata.
- Uwierz mi, nie było tego w planach. - odpowiedziałam  i blado się uśmiechnęłam.
- No w to nie wątpimy. - Usłyszałam Kamilę.
- Ale żeś nas nastraszyła.
- Wiem tato i przepraszam. - mruknęłam.
- Widzę, że masz nietypowego gościa. - Zaczęła moja mama. Widziałam, że dalej próbowała zabić Wojtka wzrokiem.
- Mamo, proszę. - Jęknęłam.
- Chciałabym jedynie wiedzieć, co on tu robi. - Powiedziała.
- Natalia, to nie czas i miejsce. - wtrącił mój tata.
- No  chyba sobie w tym momencie żartujesz? - Spiorunowała go wzrokiem. - Nie dość, że tak Dominikę potraktował, to jeszcze go bronisz?!
- MAMO! - krzyknęłam.
- Co mamo?! Co mamo?! Za mało łez wylałaś?! Mało się nacierpiałaś?!
- Natalia... - warknął mój tata.

Spojrzałam przepraszającym wzrokiem na Włodarczyka. Nagrabione miał to prawda, ale skoro topór wojenny zakopaliśmy, to nie było warto tego rozdrapywać.

- Chyba będzie lepiej, jak pójdę. - Stwierdził po chwili dość zmieszany.
- Wojtek... - Zaczęłam.
- Nic się nie stało. - wymusił uśmiech. - Trzymaj się. - dodał i wyszedł.

Spiorunowałam wzrokiem swoją rodzicielkę. Ciśnienie miałam chyba z 300.

- Co?- Spytała.
- Czy ty jak się ciebie prosi nie umiesz trzymać języka za zębami?!
- Nie miał prawa w ogóle tu być! Co on sobie wyobraża!?
- Nie no nie wytrzymam. - mruknęła moja przyjaciółka. - Dominika się z nim do cholery jasnej pogodziła! - Krzyknęła. - A po za tym Wojtek był jedną z osób, które jej pomogły! Rozumiem miał przechlapane, ale w tym wypadku należałoby się słowo dziękuję!
- Tato zabierz stąd mamę, bo zaraz nie wytrzymam. - Powiedziałam już tak wkurzona, że ledwo nad sobą panowałam. - Przeprosisz go przy najbliższej okazji.
- Żebym miała za co.
- MASZ! UWIERZ MI, ŻE MASZ! - wydarłam się. - Jak możesz być taką hipokrytką?! Mi mówisz, że jestem taka siaka i owaka, ale może pierw spójrz na siebie, a potem oceniaj innych!
- Hamuj ten język.
- Bo co?!
- Natalia, Dominika ma rację. Idziemy. - w trybie natychmiastowym zabrał moją mamę i opuścił salę.

Wypuściłam powietrze i opadłam na poduszkę. Spojrzałam na Kacpra i Kamilę.

- Grubo, nie powiem, że nie... - mruknął Piechocki.
- Moja mama prawie mnie wyprowadziła z równowagi. - jęknęłam.
- Domcia lepiej zadzwoń do Wojtka, co?
- Masz rację. Jezu tak mi wstyd za moją mamę. - odgarnęłam włosy z czoła. - Dzięki, że jej nagadałaś, bo ja bym chyba wyszła z siebie i stanęła obok.
- Nie ma za co, cisnęły mi się gorsze słowa na usta, ale się wyhamowałam. - mruknęła.

Wzięłam telefon do ręki i od razu wybrałam numer Wojtka.

- Halo? - odebrał po trzech sygnałach.
- Gdzie jesteś? - Spytałam.
- Własnie otwieram samochód.
- Wojtek, wróć tutaj...
- Wiesz co? Po tym jak twoja mama na mnie naskoczyła, to chyba podziękuję.
- Moich rodziców już nie ma. Wyprosiłam ich. - stwierdziłam.
- Serio? Dominika ja nie chcę, żebyś miała przeze mnie kłopoty.
- Szczerze grzeje mnie to. - stwierdziłam. - Nie powinna tak się zachować. Zachowała się tragicznie i jest mi tak za nią wstyd...
- Tobie nie musi być, nie przejmuj się, w sumie miała trochę racji.
- Ale ogarnęliśmy sytuację tak? Proszę...
- Podjadę samochodem.
- Dobra. - odpowiedziałam i się rozłączyłam się.

Spojrzałam na swoją przyjaciółkę.

- I?
- Podjedzie tu samochodem, ale jest już tak zniechęcony, że... W sumie się nie dziwię, bo ja bym się nie dała wołami zaciągnąć. - Stwierdziłam i odłożyłam telefon.
- Ale grunt, że przyjedzie. - powiedział Kacper. 

Potaknęłam delikatnie. Spojrzałam na telefon. Nie spodziewałam, że mama aż tak na niego naskoczy. Byłam tak zażenowana tą sytuacją, że to była jakaś masakra. Po 5 minutach zobaczyłam Włodarczyka w drzwiach. Pierw się upewnił, czy moich rodziców na sto procent nie ma, a potem dopiero dość niepewnie wszedł do środka.

- Hej. 
- Hej. - odpowiedziałam. - Wojtek ja cię przepraszam za moją mamę. - dodałam na wstępie. 
- Nic się nie stało, miała trochę racji. 
- Co nie zmienia faktu, że źle się zachowała. 
- Potwornie. - Dodała Kamila.
- Dokładnie. - potwierdziłam. 
- Spoko. Naprawdę, przynajmniej wiem, że mam nie wchodzić twojej mamie w drogę. - Zaśmiał się.
- Przez najbliższy czas tak będzie bezpieczniej dla ciebie. - Zawtórowałam mu. 

I tym sposobem chyba zażegnaliśmy cały problem. Znowu siedzieliśmy we czwórkę i rozmawialiśmy, śmialiśmy się i graliśmy w różne gry. Wtem zrobiła się 20:00. Wszedł mój tata do sali. Wojtek od razu się podniósł, tak samo Kacper.

- Dzień dobry. - powiedzieli grzecznie.
- Nie, nie. Siedźcie sobie. Przywiozłem tylko przekąski, owoce, picie no i ładowarkę i powerbanka. 
- Dzięki tato. - Uśmiechnęłam się.
- Jak się czujesz? - Spytał
- Powoli dochodzę do siebie. A jak mama? 
- Zła jak osa. Ale spokojnie, przejdzie jej, w końcu ją przegadamy. - machnął ręką. - A i Wojtek.
- Tak?
- Wiem, że tam z Dominiką coś nie poszło, pokłóciliście się czy coś nawywijałeś, ale przepraszam za zachowanie mojej żony, to było co najmniej chamskie. Należą się tobie podziękowania, jak i Kamili i koledze.
- Kacprowi. - Zaśmiałam się.
- Dziękuję za pomoc. Naprawdę to doceniam. - Dodał.
- Zrobiliśmy tylko to co było właściwe. - Odezwał się. - Nie ma za co dziękować. - dodał Włodarczyk.

Mimo wszystko mój tata podszedł do niego i podał rękę, którą Wojtek zaraz uścisnął, tak samo zrobił Kacper i Kamila. Uśmiechnęłam się do niego szeroko. Chociaż on zachował się tak jak należało.

- No dobrze, ja wam nie przeszkadzam już. Tylko nie siedźcie za długo, bo pielęgniarka powoli zaczyna ścigać, a jest dość wredna. - mruknął.
- Dobrze. Dzięki tato. - Powiedziałam.
- Do jutra. - pocałował mnie w czubek głowy i wyszedł z sali.
- Nie wiem jak was, ale mnie przeraziła ta gadanina o pielęgniarce. - Odezwał się Kacper, a my parsknęliśmy wszyscy śmiechem.
- Nie no wygrał. - Zaśmiał się Wojtek.
- Kacper, weź już nic nie mów. - Zaśmiała się Kamila.

Wtem weszła jak terminator pielęgniarka, o której wspomniał mój ojciec. Wszyscy na nią spojrzeliśmy z lekkim przerażeniem.

- Godziny odwiedzin minęły, zapraszam jutro. - odezwała się od niechcenia.
- No dobra Patka, to do zobaczenia jutro. - Uśmiechnęła się Kamila.

Przytuliła mnie mocno. Potem podszedł Piechocki i mnie wyściskał, a na sam koniec Włodarczyk. Po paru chwilach zostałam sama z pielęgniarką w sali. Sprawdziła kroplówkę i poszła. Wzięłam telefon do ręki. Obejrzałam całe my story na snapchacie.W końcu stwierdziłam, że jestem jednak senna i postanowiłam spróbować zasnąć. Jednak to się nie udało, bo mój mózg postanowił przewertować wszystkie wydarzenia z dnia dzisiejszego.
Czy on mówił poważnie, że chciałby, żeby kiedyś było między nami jak dawniej? Czy to był czysty kit? W sumie każdy zasługuje na drugą szansę... Matko Boska, Dominika, co ty sobie wyobrażasz... Kiedy będzie to kiedyś? Czy kiedykolwiek to się stanie... W sumie nie chcę zostać zraniona tak jak ostatnio... A po za tym przecież on gra na praktycznie drugim końcu Polski, więc tak się nie da. Do tego jeszcze może super hiper związek z siatkarzem, Boże Dominika skończ z tymi bajeczkami, przecież to się nigdy nie stanie. Ale w sumie, gdyby mu nie zależało to by go tu nie było, nie przyjechałby drugi raz do szpitala. No chyba że zrobił to dla świętego spokoju. Do cholery jasnej Dominika idź już spać! 



__________________________

Witam Was po przerwie... Nawet nie wiem jak się wytłumaczyć. Po prostu wena mnie kompletnie opuściła, a pozwoliła jedynie na to co jest powyżej. Bądźcie dla mnie wyrozumiałe proszę :(  
Mimo wszystko proszę o wasze opinie w komentarzach, znaczą dla mnie bardzo dużo :)
Do nastepnego :)

czwartek, 9 czerwca 2016

Rozdział 18: Chciałbym, żeby kiedyś było między nami tak jak przedtem.

     Poszliśmy wszyscy na te kebaby. Usiedliśmy przy stoliku. Kamila była tak zaabsorbowana rozmową z Piechockim, że chyba zapomnieli, że jeszcze oprócz nich jestem ja z Wojtkiem. Niemniej jednak bardzo się cieszyłam, że tak dobrze się ze sobą dogadywali. Przyłapałam byłego siatkarza Skry na spoglądaniu na mnie. Udawałam szczerze, że tego nie widzę.

- Dominika! - Zawołała Kamila.
- Co jest? - Spytałam i się otrząsnęłam przy okazji.
- Ziemia! Mulisz nam tu. - Zaśmiała się.
- Sorry. - Mruknęłam i odgarnęłam włosy.
- Co taka wczorajsza? - Zagadnął mnie libero.
- A tak jakoś zamyśliłam się. - Uśmiechnęłam się niemrawo do niego.
- Jakieś problemy?
- Nie no co wy. - Odpowiedziałam od razu. - Niewyspana, bo ktoś z samego rana zadzwonił.
- To co żeś w nocy robiła? - Usłyszałam Wojtka.
- Spałam. A co miałam robić? - Spojrzalam na niego.
- No ja nie wiem. - Zaśmiał się.

Zmrużyłam oczy i pokręciłam przecząco głową. Kamila się do mnie uśmiechnęła. Nie wiedziałam o co jej chodzi, więc posłałam jej dość zdezorientowany wzrok.
Po kilku minutach oczekiwania dostaliśmy zamówione jedzenie i zaczęliśmy jeść. Szerze - gdyby ktoś widział jak my jemy, stwierdziłby, że świnie już lepiej jedzą. Tu sos kapnął, tu kapusta spadła, tu twarz lub ubranie całe uwalone było. Ale dzięki temu było wesoło. Najbardziej śmiałyśmy się z Kamilą właśnie z chłopaków, bo wyglądali po prostu okropnie. Wyjęłam telefon i się obróciłam i zrobiłam nam selfie, które wylądowało na Instagramie z dopiskiem:

"Powiedzenie, że ktoś je gorzej jak świnia w 100% tutaj pasuje 😂"

Po skonsumowaniu dania z kategorii: zabronione dla sportowców, poszliśmy sobie na Starówkę. Kamila szła z Kacprem pierwsza, z racji tego, że ona stąd była i znała to miasto najlepiej z całej naszej grupy. Świetnie się dogadywali, co mnie bardzo cieszyło, ale moje dogadywanie się z Wojtkiem na nowo... już nie szło tak dobrze jak za pierwszym razem. 

- Na ile masz podpisany kontrakt z Lubinem? - Spytałam, żeby nie było głuchej ciszy. 
- Na razie tylko na jeden sezon, wiesz nie chcę się wkopać w bagno i siedzieć nie daj Boże 2 sezony na ławce, chcę trochę pograć i zobaczyć jak jest w tym klubie, a potem się zobaczy. - odpowiedział z uśmiechem.
- No to faktycznie dobrze pomyślane. - przyznałam. 
- A co z Tobą? 
- W sensie co ma być? - Spojrzałam na niego.
- Dalej szkoła? 
- No tak. Dwa lata technikum mi jeszcze zostały. Staram się cieszyć ostatnimi dniami tych wakacji, bo wiem, że czeka mnie taki zapierdziel, że głowa mała. W sumie Kamilę też. 
- Egzaminy masz? 
- No, ale to za rok w czerwcu, ale mam teraz zaraz praktyki na początku roku, a jak to z nauczycielami, przypominają sobie o ocenach na ostatni dzwonek, więc wiesz. 
- Ta, wiem coś o tym, na szczęście mam to za sobą. - Uśmiechnął się delikatnie. - A chociaż fajnie spędziłaś te wakacje? 
- Nie były najgorsze, ale do najlepszych też nie należały. 
- Widziałem na zdjęciach jak szalałaś na plaży. - Spojrzał na mnie. - Wyglądałaś na szczęśliwą.
- To było tego dnia co mnie odwiedziłeś. - Wyszukałam w telefonie jedno ze zdjęć z plaży i mu pokazałam. - Natalia, ta szatynka, to jedna z moich najlepszych kumpeli z klasy. Wyciągnęła mnie tam. I powiem szczerze to był jeden z lepszych momentów jeśli chodzi o tegoroczne wakacje. - Uśmiechnęłam się mimowolnie.
- Mimo moich odwiedzin?
- To uszło w tłumie. Tym bardziej, że niby mamy sytuację ogarniętą. - Spojrzałam na niego.
- No mamy, mamy. Niby.
- Co masz na myśli?
- Nic. Tylko... - Podrapał się po głowie. - Chciałbym, żeby kiedyś było między nami tak jak przedtem. Ale wiem, że spieprzyłem na tyle, że to się nigdy nie stanie. A przynajmniej nie w tej najbliższej przyszłości. Być może nawet nie w tej odległej.

I w tamtym momencie mnie zamurowało totalnie. Patrzyłam na niego z rozdziawioną buzią. Tak się zapatrzyłam idąc, że przywaliłam całą sobą w latarnię z taką siłą, że się od niej odbiłam i aż zagruchotało. Jęknęłam z bólu i złapałam się za głowę.

- Ja piernicze Domcia żyjesz? - Spytał szybko.
- Chyba. - Jęknęłam.
- Coś ty zrobiła? - Podeszła moja przyjaciółka.
- Przywaliła w latarnie. - Powiedział z powagą siatkarz, po czym wybuchł śmiechem, jak pozostałe towarzystwo.
- Ha ha bardzo śmieszne. - Mruknęłam, a potem sama zaczęłam się śmiać.

Staliśmy przy tej latarni chwilę, aż mroczki przed moimi oczami zginęły i poszliśmy dalej. Oczywiście Piechocki z moją przyjaciółką prawie pokładali się ze śmiechu na ulicy. Ja zaś dalej nie mogłam wyjść z szoku, że Włodarczyk nie dość, że zdobył się na takie słowa, ale jeszcze wypowiedział z taką szczerością, że skończyło się u mnie to jak skończyło.

- Na pewno wszystko w porządku?
- W szoku jestem. - odpowiedziałam prosto z mostu.
- Z faktu, że przywaliłaś w latarnię czy z powodu tego co powiedziałem kilka chwil wcześniej?
- Chyba z jednego i drugiego. - Mruknęłam i odgarnęłam włosy.

Po kilkunastu minutach spacerowania poczułam nasilający się ból głowy. Kiedy usiedliśmy sobie na ławce, wpatrywałam się tępo w jeden punkt. Nawet nie reagowałam na początku na to, co ktoś do mnie mówił.

- Dominika coś zbladłaś. - Zauważył Piechocki. - Wszystko w porządku?
Spojrzałam na niego z przymrużonymi oczami.
- Yhm... Ja tylko... Jakoś słabo tak, w ogóle... - Zaczęłam bredzić i gubić się w tym, co mówiłam.
Bełchatowski libero spojrzał na Kamilę, a potem na Wojtka.
- No nie wydaje mi się. Domcia. - Klęknął przede mną. - Ile palców widzisz?
- Cztery? - Spytałam i wytężyłam wzrok.
- Nie jest dobrze.
- Co jest? - Spytała moja przyjaciółka.
- Domcia może mieć wstrząs mózgu.
- Może wezwijmy pogotowie?
- NIE!  - powiedziałam stanowczo. - Żadnego pogotowia.
- Ta i padniesz jak przy kanarach? O nie ma mowy. Albo wzywamy pogotowie, albo sama tam pójdziesz.
- Bo co?
- Bo inaczej cię zmusimy. - odpowiedziała moja przyjaciółka.
- I co niby zrobisz?
- Chociażby cię zaniosę. - Usłyszałam Włodarczyka.

I tu nadszedł koniec moich protestów. Wiedziałam, że już nie mam co dyskutować, ale naprawdę nie czułam się najlepiej, więc nawet na to już nie miałam siły. Kamila wezwała pogotowie, które po 10 minutach się pojawiło i mnie zabrało wraz z nowym nabytkiem Cuprum Lubin, który zdeklarował się, że pojedzie ze mną. Leżałam trochę wczorajsza na tych noszach. W pewnym momencie wszystko zaczęło się robić coraz mniej wyraźne. Robiło się też coraz ciszej...

~*~

Gdy otworzyłam oczy przywitało mnie już znajome mi nieprzyjemnie rażące światło lamp. Zmrużyłam oczy i się skrzywiłam, jednak po chwili obraz mi się wyostrzył. Rozejrzałam się po pomieszczeniu.

- No śpiąca królewno. Witamy z powrotem. - Usłyszałam. 
- Bardzo śmieszne. - mruknęłam. - Co mnie ominęło?
- Panika ratowniczki medycznej, która na początku stwierdziła, że nic ci nie jest, ale jak straciłaś przytomność to nie wiadomo kto bardziej potrzebował pomocy, ty czy ona. - Odpowiedział z uśmiechem.
- I to jest taki powód do głupkowatego uśmiechu? - Spytałam. 
- Nie, szczerze sam prawie osrałem się ze strachu, głupku. Czemu nie mówiłaś, że się źle czujesz? Gdyby Piechu się nie spytał to prawdopodobnie byś nam padła w połowie drogi na Klimek. 
- No już... Myślałam, że to normalne, ból głowy po przywaleniu w latarnię. A ty nie gadaj, że się przejąłeś? 
- Bardzo śmieszne. - Mruknął. - Tyle, że sierotko Marysiu masz wstrząs mózgu. I twoi rodzice już są w drodze. 
- No chyba nie. - Jęknęłam. - A gdzie Kamila i Kacper?
- Pojechali po Twoje rzeczy. 
- Ty tak serio z moimi rodzicami? - Spytałam.
- Tak. W sumie i tak cię nie mogą zabrać, chyba że przewiozą cię do Gdańska. A to by było za dużo cyrklowania chociażby z samymi papierami. - Odpowiedział. 
- Świetnie... To na ile tu utknęłam? 
- Na tydzień. 
- No jeszcze lepiej. - Prychnęłam ironicznie. 
- Ciesz się, że tylko na tym się skończyło. - zgasił mnie.
- W sumie masz rację. 
- Dominika przyznaje mi racje!? W kalendarzu to sobie zapiszę!
- Możesz nawet na czole jak ci pasuje. - Uśmiechnęłam się. 
- Wredota. 
- Mów mi to. - Zaśmiałam się cicho. 
- Tu masz swój telefon i torebkę, nie bój się nie zaglądałem, nie grzebałem, chociaż bardzo mnie korciło. - podał mi moje rzeczy.
- O dzięki ci łaskawco. - odpowiedziałam. - Serio dzięki. Chociażby za uszanowanie prywatności. 
- Nie ma za co. Odpoczywaj, a ja pójdę powiadomić lekarza, że się obudziłaś. 
- Wojtek. - powiedziałam szybko zanim wyszedł.
- No co jest? 
- Dziękuję. - Posłałam mu delikatny uśmiech.

Ten go tylko odwzajemnił i zniknął za drzwiami. Położyłam głowę na poduszce. Gapiłam się w sufit. Po kilku minutach przyszedł lekarz i przeprowadził wywiad i badania. Nie mówiąc nic konkretnego opuścił pomieszczenie, w którym zaraz pojawiła się cała kompania. 

- No Domcia... 
- Nic nie mów, Kamcia. Nic to nie da. - uprzedziłam ją zanim dokończyła. 
- Moja mama prawie na zawał zeszła, a co dopiero twoi rodzice. 
- Słyszałam, że mają przyjechać.
- Raczej w odwiedziny, bo cię nie mogą zabrać.
- Jakoś przeżyję. 
- A jak się czujesz? - Usłyszałam pytanie Piechockiego. 
- Wiesz, szału nie ma dupy nie urywa, jak to mówią. Ale na pewno jest lepiej niż wcześniej.
- No to tyle dobrego. 
- Fundujesz nam niezłe przygody.
- Poczekaj, jeszcze się nie rozkręciłam. - Zaśmiałam się delikatnie.
- Lepiej tego już nie rób. - Oznajmił od razu przyjmujący. 
- Spokojnie, nie zamierzam. 

I wtedy do mojej sali weszli moi rodzice. Byli zaskoczeni "tłumem" wokół mojego łóżka. Jednak wzrok mojej mamy utkwił na Włodarczyku, który już wiedziałam, że ma przechlapane....


__________________________________________


Witam was po dłuższej przerwie. 
Z góry przepraszam za bardzo duże odstępy w dodawaniu rozdziałów, ale niestety wena nie rozpieszcza, więc mam nadzieję, że powyższy rozdział się Wam spodobał! :)
Dajcie znać, co sądzicie poniżej w komentarzach!
Do następnego! :)

niedziela, 10 kwietnia 2016

Rozdział 17: Dlaczego ja?

Kiedy ON zaczepił mnie po meczu, coś we mnie pękło. Miał pretekst, żeby mnie zaczepić, zamienić kilka słów. A mianowicie mój telefon był tym pretekstem, który jakimś cudem zgubiłam, a on go przypadkiem znalazł. Jednak ten u góry chyba coś knuje przeciwko mi. Podczas jazdy do domu, gapiłam się pustym wzrokiem przez szybę i myślałam o tym wszystkim. Wzięłam głęboki oddech. Czułam, że robiło mi się niedobrze.

- Domcia wszystko w porządku? - Spytała szeptem moja przyjaciółka.
- Tak... Trochę mi niedobrze, ale zaraz mi przejdzie. - posłałam jej delikatny uśmiech.
- Nadal o tym myślisz?
- Aż tak to po mnie widać? - Spojrzałam na nią.
- No trochę...
- Świetnie.
- Dominika nie dręcz się. To nie ty zawiniłaś tylko on.
- Ale być może za ostro go potraktowałam.
- Halo Doma! On leciał na dwa fronty nie ty! Obudź się. - potrząsnęła mną
- Weź mnie zostaw. - Zaśmiałam się.
- A ten policzek, o którym mówił mu się należał.
- W moim domu. - Mruknęłam.
- Co!?
- Na oczach rodziców. Żebyś widziała ich miny. - Zaśmiałam się cicho.
- Pewnie były bezcenne. - Zawtórowała mi. - chciałabym to zobaczyć.
- Uwierz mi, nie chciałabyś. - Szepnęłam. - Teraz z tego się śmieję, ale wtedy płakałam żywymi łzami.
- Wiem. - szepnęła.

Po niespełna godzinie byłyśmy w Grudziądzu. Położyłyśmy się na łóżku i tak leżałyśmy. Gapiłam się w sufit ze łzami w oczach. Po cichu zaczęły spływać po moich policzkach. Nawet ich nie wycierałam. Tylko maskowałam się jak mogłam, żeby Kamila nie słyszała, że płaczę. Wzięłam telefon do ręki. Zaczęłam przeglądać wszystkie zdjęcia i zapisane snapy. W tym moje i Wojtka. Coś we mnie pękło. Znowu zaczęłam za nim tęsknić, rozmyślać nad tym "co by było gdyby". Podniosłam się z łóżka i wyszłam na balkon. Wzięłam głęboki oddech i przetarłam twarz. Oparłam się o barierkę.

- Dalej się dręczysz? - Usłyszałam swoją najlepszą przyjaciółkę.

Nie wytrzymałam i zalałam się łzami. Kucnęłam i oparłam się o ścianę. Schowałam twarz w dłoniach.

- Domcia. - Wyszeptała i kucnęła przy mnie.

Poczułam jak mnie mocno przytula i głaszcze po ramieniu. Płakałam jej w ramię.

- No już, słońce... Nie płacz, łzy tu nie pomogą.
- Ale to boli... - szepnęłam.
- Ja wiem i mogę sobie tylko wyobrazić, co czujesz i przez co przechodzisz, ale musisz być silna. Nie możesz okazać mu słabości. - Wyszeptała. - nie możesz pokazać mu swoich łez.
- Kamcia... ja przez te miesiące zgrywałam twardzielkę, żeby jakoś się pozbierać, ale kiedy on nas zaczepił... Ten incydent u mnie w domu przetrwałam, ale potem też wylewałam łzy jak idiotka. Teraz sytuacja wygląda dokładnie tak samo.
- Ale Dominika...
- Nigdy nie byłam wredną suką. Nawet w takich sytuacjach. Teraz też nie potrafię. Choćbym nie wiem jak chciała. - Dodałam.
- Wiem... znam cię zbyt dobrze, ale myślałam, że chociaż tego tak łatwo nie zostawisz.
- Już dostał za swoje. Na tym koniec. - wyszeptałam. - Nie chcę się mścić, nie chcę taka być.
- Nie musisz... - powiedziała. - No już chodź do środka Domcia.
- Muszę zaciągnąć świeżego powietrza.
- Posiedzieć z Tobą?
- Jakbyś chciała. - Odpowiedziałam i spojrzałam na nią.

Dziewczyna tylko się uśmiechnęła i usiadła obok mnie. Wtedy już miałam stuprocentową pewność, że Kamila jest moją najlepszą przyjaciółką, której niejeden człowiek ze świecą szuka przez lata. Przez dobrą godzinę siedziałyśmy w milczeniu. Ale tu nie były nawet potrzebne słowa. Z Kamilą dobrze rozumiałyśmy się bez słów. Spojrzałam na nią z delikatnym uśmiechem. Nie dość, że Skra była naszym ukochanym klubem, lubiłyśmy dosłownie te same rzeczy, to rozumiałyśmy się niemalże telepatycznie. W końcu wróciłyśmy do pokoju i położyłyśmy się spać. 

~*~

Był wtorek. Już było po Memoriale, który wygrała nasza reprezentacja, z czego ja i Kamila bardzo się cieszyłyśmy. Rano się obudziłam i pierwsze co słyszałam to swój telefon. Ktoś się dobijał jak szalony i nie dawał za wygraną. 

- Kacper, co jest takiego ważnego, że dzwonisz o siódmej rano? - Ziewnęłam. 
- No jest sporo ważnego. 
- Mianowicie? 
- Jadę do Grudziądza, nie jadę sam. Bądźcie gdzieś tak o dziesiątej przy Macu.
- Jezus Maria Kacper coś ty znowu odjebał za manianę. - Jęknęłam. 
- Co się dzieje? - Spytała Kamila. 
- Mamy być o dziesiątej przy Macu. Kacper przyjeżdża i ktoś jeszcze. 
- O dziesiątej?! Kacper co ty teraz dajesz? 
- No serio mówię. - odezwałam się.- Dobra będziemy, ale nie licz na ciepłe powitanie. - Powiedziałam do telefonu. 
- Jasne. - Zaśmiał się. -  To do zobaczenia. 
- Jasne. - Mruknęłam i się rozłączyłam. - Dobra to jest dziwne. 
- Czemu? 
- Powiedział, że nie jedzie sam. - Spojrzałam na nią. 
- To co? - Spytała.
- W sumie. - Mruknęłam. - To chyba czas się ubierać. 

Od samego rana był gorąc w Grudziądzu, więc obie postawiłyśmy na szorty. Ja na niebieskie, a Kamila w kolorze jasnego jeansu. Do tego białe bokserki, małe torebki i mogłyśmy iść. Włosy Kamila związała w wysoką kitkę, a ja zostawiłam je rozpuszczone. Zrobiłyśmy jeszcze w domu porządek, żeby mama blondynki nie męczyła się z tym po pracy.

- Gotowa? - Spytała przyjaciółka.
- Jasne. - Odpowiedziałam. - Idziemy. - Spojrzałam na nią. 

Zamknęłyśmy mieszkanie i poszłyśmy we wskazane miejsce. Po drodze kupiłyśmy sobie po półlitrowej wodzie, bo lał się z nieba okropny gorąc. Kiedy w końcu tam dotarłyśmy, musiałyśmy jeszcze dobre 15 minut poczekać, aż podjechało auto.  W końcu wysiadł z niego Kacper. Kiedy otworzyły się drzwi pasażera dosłownie zrzędła mi mina. 

- Ja chyba źle widzę. - Jęknęłam. 
- Nie ty jedna. - Mruknęła.

Obie patrzyłyśmy z rozdziawionymi minami na Kacpra i jego towarzysza, którym okazał się nikt inny, jak Wojtek. Spojrzałam szybko na Kamilę.

 - Ja chyba idę do domu. - Powiedziałam i się zawróciłam. 
- Domcia nawet się nie waż. - usłyszałam Kacpra. 

Wywróciłam oczami i się z powrotem obróciłam. Spojrzałam na niego wrogo.

- I ty Brutusie przeciwko mnie? - Spytałam. 
- Jeszcze mi za to podziękujesz.
- Wątpię. - Warknęłam. 
- Kamila idziesz ze mną, a tych dwoje zostawiamy samych sobie. - Dodał.
W tym momencie myślałam, że go wzrokiem zabiję. 

Po chwili zostaliśmy sami. Patrzyłam się każdą możliwą stronę byle nie na niego. 

- Nie ty jedna o niczym nie wiedziałaś.
- Uważaj, bo uwierzę. - Prychnęłam. - Serio? - Spytałam po chwili.
- Myślisz, że dobrowolnie bym jechał od razu po Memoriale? 
- Z Tobą wszystko jest możliwe. 
- Skąd wiesz?
- Zdążyłam się o tym przekonać. - Odpowiedziałam.
- Możesz w końcu na mnie spojrzeć? 
- Jakoś nie mam ochoty. - Mruknęłam.
- Domcia...
- Bawi Cię ta sytuacja? - Spytałam i w końcu na niego spojrzałam. 
- Trochę. Bo nieźle nas obojga wkręcili. - Uśmiechnął się niemal niezauważalnie.

Mimowolnie zaśmiałam się pod nosem. Poszliśmy nad Wisłę. W ciszy, bo o czym niby mieliśmy rozmawiać? Westchnęłam cicho.

- Nie zamierzasz się do mnie odezwać? 
- A o czym mam z tobą rozmawiać? - Spojrzałam na niego. - O tym jak mogłeś być takim padalcem i świnią, żeby coś takiego zrobić? 
- Dobra ja wiem, że nawaliłem i spierdoliłem, ale...
- Ale co? Jesteś skreślony Wojtek. Myślisz, że ci to ujdzie na sucho? 
- Nie, ale...
- Co? 
- No chyba możemy dogadać się jak ludzie, a nie żreć się jak dwa psy. W dodatku w środku miasta. - dodał. - Domcia, zasłużyłem sobie dosłownie na wszystko. Już i tak cała Skra mnie opierdzieliła, Kamila mało co ringu przy szatniach nie zrobiła i chciała mi wyjebać tak, że pewnie bym gwiazdki zobaczył. 
- Gdybym jej nie odciągnęła to byś pewnie zarobił i to nie raz.
- To dlaczego tego nie zrobiłaś? 
- Bo nie jestem mściwa. - Odpowiedziałam. - Nie jestem wredną suką. Nigdy nie byłam, ale nie dam sobą pomiatać. 
- To już wiem nie od dziś. 
- Nie udawaj, że mnie znasz, bo mnie nie znasz. 
- No tak dobrze jak Kamila, to cię nie znam. Fakt, ale trochę jednak znam. 
- Tak ci się tylko wydaje. Wojtek jaki cel ma mieć ta rozmowa? 
- Zakopania toporu między nami. - na te słowa prychnęłam. 
- Sory, ale w tym momencie to sobie chyba ze mnie kpisz. - Powiedziałam. 
- Nie kpię. Po prostu chcę to jakoś wynagrodzić. 
- Tu nie ma co wynagradzać. - Powiedziałam. - To jest bez sensu. - Jeknęłam i się zawróciłam. 
- Domcia... - Złapał mnie za ramię.
- Nie dotykaj mnie - warknęłam. - Lepiej zajmij się Olą. - Dodałam.

Zobaczyłam jak rzędzie mu mina. Szybko poszłam w drugą stronę i napisałam Kamili SMS-a, że wracam do domu. W pewnym momencie uslyszalam jego krzyk i jak uderza o coś. Stanęłam i się obróciłam. Stał oparty o lampę. 
Podejść czy nie podejść? Moje myśli biły się ze sobą. W końcu do niego podeszłam.

- Ja wiem, że to moja wina, i że to ja zjebałem wszystko, ale każdy chyba zasługuje na drugą szansę nie? - Spytal. Było widać, że ma tego dość.
- Tylko problem jest taki, że ja nie chcę ponownie pakować się w takie bagno. Już raz się wpakowałam i zobacz jak to teraz wygląda. - Jęknęłam.
- To chociaż mi wybacz. Za każdym razem, próbuję to naprawić, ale pokazujesz mi, że nie ma co. 
- Myślisz, że wybaczyć znaczy zapomnieć? - Spytałam. - Pomyślałes w tym wszystkim chociaż raz jak ja się czułam w tym wszystkim? Zrobiłeś że mnie idiotkę, która uwierzyła, że jakiś siatkarz mógł się nią faktycznie zainteresować. A ty się po prostu mną bawiłeś i bawiłbyś się dalej, gdybym wtedy się nie dowiedziała. - Wyszeptałam ze łzami w oczach. 
- Domcia...
- Powiedz mi tylko jedno.
- Co? - Spytał i spojrzał na mnie, po czym do mnie podszedł.
- Dlaczego ja? Co ja ci takiego zrobiłam, będąc tylko wiernym kibicem Skry? - zapytałam. - czym zawiniłam?

Postanowiliśmy usiąść na ławce, a nie stać jak ostatni idioci.

- Niczym, gluptasie. - Szepnął i pogłaskał mnie po policzku, ale wtedy się odsunęłam. - Chyba byłem zbyt głupi, żeby dostrzec fakt, że tobie zależało.
- A tobie zależało?
- Z początku nie. Myślałem, że kolejna hotka się napatoczyła, ale po naszym pierwszym spacerze... I tak na to już za późno. - Westchnął. 
- Niestety. - Wyszeptałam. 
Wytarlam szybko policzek.
- Nie płacz. Bo i zaraz ja pęknę, a facetowi nie wypada. - Poprosił. 
- To że facet płacze nie znaczy, że jest cipą, znaczy, że ma uczucia. - Powiedziałam.
- Chcę tylko, żebyś wiedziała, że przepraszam. Nie chciałem, żebyś płakała.
- A wyszło jak zwykle. - Dodałam.
- Jak zawszez resztą. Dominika...
- Co? - Spytałam.
- Jesteś w stanie mi wybaczyć? - Spojrzał na mnie.
- Nie wiem. - Wzruszyłam ramionami. 

Zgarbiłam się. Oparłam łokcie o kolana i schowałam twarz w dłoniach. Przetarłam ją i odgarnęłam włosy z twarzy. Poczułam jak kładzie dłoń na moich plecach. Dosłownie zjeżyłam się. Tym samym siatkarz się wycofał. Chociaż Kamila fajnie spędza czas, pomyślałam. Myślałam też nad tym, czy mu wybaczyć. W końcu to co powiedział brzmiało szczerze i prawdziwie. Poczułam jak ponownie moje łzy zaczęły spływać. Nie kontrolowałam tego. 

- Dominika, nie płacz... Proszę.
- Jesteś sukinsynem, wiesz? - Spytałam.
- Wiem... Ale z twoich ust brzmi to jeszcze gorzej, niż od jakiejkolwiek innej dziewczyny.
- Nie obchodzą mnie inne. - Mruknęłam.
- Mnie też nie. 
- A co z Olą?
- Skończyłem to tak szybko, jak było można. Nie obchodzi mnie ta dziewczyna. - Powiedział.
- Jak ja mam ci wierzyć? - Spojrzałam na niego w końcu. 

Nie odpowiedział. Otarł tylko mój policzek. Westchnęłam cicho. 

- Ostatni raz ci wybaczam. Pierwszy i ostatni. - Powiedziałam. - Następnego nie będzie.
- Co? - Spytał jak oniemiały.
- Wybaczam ci. Nie daje ci szansy, ale wybaczam. 
- Domcia... - Wyszeptał i mnie mocno przytulił. 

I wtedy coś we mnie pękło. Rozpłakałam się jak dziecko. Czułam jak głaskał mnie po włosach i plecach. Odsunęłam się od niego. Dostrzegłam na jego policzkach łzy. Wytarłam je szybko. 

- Czyli z nas nic nie będzie? 
- Nie wiem. Teraz na pewno nie. - Odpowiedziałam. 
- Dlaczego?
- Bo ci nie ufam. - Szepnęłam i wstałam.

Zobaczyłam z oddali Kacpra i Kamilę. Po paru minutach byli obok nas.

- O widzę, że się nie pozabijaliście. - Powiedział wesoło libero PGE Skry.

Spojrzałam wtedy na Kamilę. Od razu dała mi do zrozumienia, że widzi w jakim jestem stanie.

- Wszystko w porządku? - Spytał Kacper. - Domcia płakałaś? Zapuchnięte oczy masz.
- Mam uczulenie na Włodiego, czego oczekiwałeś? - Spytałam z delikatnym uśmiechem.
- Smarkula.
- Pajac.
- Małolata.
- Frajer.
- Łajza.
- Kretyn. - Mruknęłam do Włodarczyka.
- Taaa jesteśmy w domu - Zaśmiał się Piechocki. - Chodźmy coś zjeść co? Na co macie ochotę? Bo ja bym wpieprzył kebsa, ale takiego konkretnego. 
- No to chyba znam dobre miejsce. - Odezwała się moja przyjaciółka.
- A wy co zjecie? 
- Kebs razy 4! - Zawołał Włodi. 

Zaśmiałam się mimowolnie. Coś mi mówiło, że tego dnia nie zapomnę dłuuugo. 

niedziela, 3 kwietnia 2016

Rozdział 16: Memoriał Wagnera

Ta sytuacja z Włodarczykiem nie miała mieć miejsca. Wcale. Zbliżał się dzień, w którym miał się rozpocząć XIII Memoriał Wagnera w Toruniu. Byłam do tego czasu u Kamili w Grudziądzu.

- I jak tam humor dopisuje? - Spytała Kamila.
- Dobrze. - Uśmiechnęłam się. - Jak na razie. Wiesz. Nie wiedziałam, że on będzie powołany. Tak to bym nie jechała.
- Oj daj spokój nie jedziesz dla niego, tylko żeby kibicować.
- No jo, ale to nie jest dla mnie fajny widok. - Powiedziałam.
- Wiem. - Mruknęła. - Ale tego dnia błagam. Bez skakania sobie do gardeł.
- Ja nawet nie zamierzam się do niego zbliżać. - stwierdziłam i spakowałam biało-czerwony szalik do torby.

Po spakowaniu się do Torunia jak zwykle zrobiłyśmy sobie seans filmowy. Padło na horrory jak zwykle. W pewnym momencie ktoś zadzwonił do przyjaciółki na skypa.

- No serio kto to?
- Kacper...- mruknęła i kliknęła zieloną słuchawkę. - No siema co jest?
- No siema. O Domcia!
- Siema Piechu. - Zaśmiałam się. - Co tam?
- A tak dzwonię pogadać. - Uśmiechnął się. - Wybieracie się na Memoriał, co?
- A no. - Odpowiedziała Kamila. - A ty?
- Może wpadnę. - Zaśmiał się. - A jak tam Dominika się trzymasz?
- Oj dajcie spokój. Toż to nie koniec świata. Dobrze. Póki co. A ty co? Obijasz się?
- A no tak. Trochę można? O której jutro będziecie w Toruniu?
- Jakoś koło 14, a co?
- To może skoczymy szybko na lody czy coś? Dawno się nie widzieliśmy.
- No spoko to możemy przyjechać w sumie jednym pociągiem wcześniej. - Stwierdziłam i spojrzałam na Kamilę.
- No pewnie. Fajnie będzie.
- To spoko - uśmiechnął się szeroko.

Chwilę jeszcze pogadaliśmy i pośmialiśmy się, a potem wróciłyśmy do oglądania filmu. Nie obyło się też bez alkoholu.

- Nasze mamy nas w końcu wyklną. Co sie widzimy to pijemy. - Zaśmiałam się
- Alkoholiczki. - zawtórowała mi. - Ale serio. Demoralizujesz mnie,
- Ja?! A kto non stop chce pić? - Spojrzałam na nią dalej się śmiejąc.

Poszłyśmy spać około 1 w nocy. Następnego dnia, gdy zjadłyśmy śniadanie umalowałyśmy się i ubrałyśmy, po czym pojechałyśmy do Torunia. Robiłyśmy od groma snapów i zdjęć. Po dwóch godzinach dojechałyśmy do Torunia Wschodniego. Wysiadłyśmy z pociągu.

- No to jak teraz idziemy? - Spytałam i włączyłam nawigację.
- Trzy kroki do przodu.
- Jaja sobie robisz? - Spytałam i spojrzałam na nią.
- Nie. - Odpowiedziała z uśmiechem.
- Hej dziewczyny! - Usłyszałyśmy Kacpra.
- O hej! - zawołałam.

Podeszłyśmy do niego i się przytuliłyśmy.

- Domcia jaka ty opalona?
- Szalało się na plaży i grało. - Zaśmiałam się. - Ale obyło się bez oparzeń.
- Tyle dobrego. Jak egzaminy?!
- No zdałam, zdałam. - Wyszczerzyłam się. 95% i 90%.
- No to moje gratulacje! A teraz jazda na lody. - powiedział.

Zaśmialiśmy się wszyscy. Poszliśmy sobie do Lenkiewicza . Usiedliśmy sobie na zewnątrz i zaczęliśmy jeść. Rozmawialiśmy dużo i się śmiałyśmy.

- Na całe 3 dni jesteście?
- Nie no co ty. Tylko dzisiaj. Tyle hajsu nie mamy - powiedziałam. - Ale może w tym sezonie jakoś wpadniemy do Łodzi albo Bełchatowa, ale to większe kombinowanie niż tu.
- No wyobrażam sobie. Ty z Gdańska, ty z Grudziądza to łatwo nie będzie. Nie zgadniecie, kto się o was pytał.
- No zaskocz nas.
- Facu.
- Facu?! - obie spytałyśmy z szokowane. - A co on chciał?
- Chyba was serio zaczął kojarzyć jak Kamcia się z nim pokłóciła, tobie życzenia składał. - Zaśmiał się.
- Takie gwiazdy. - Zaśmiałam się głośno. - W sumie beka.
- No i to jaka. To tym bardziej trzeba wpaść.
- No. - Odpowiedziałam.

Po krótkim epizodzie w lodziarni poszliśmy do nowej areny w Toruniu. Zajęłyśmy swoje miejsca. Jak się okazało Kacper siedział przy nas. Zrobił nam zdjęcie. 

"Dawno niewidziane koleżanki zawsze dobrze widzieć! #MemoriałWagnera #Toruń"

Niedługo po tym Marek Magiera zaczął zagrzewać publiczność do kibicowania. Pierwszy mecz grał Iran z Francją. Cała nasza trójka kibicowała Francji i nie tylko ze względu na Niko Marechala. 
Świetnie się bawiliśmy podczas meczu. Francuzi nie dali szans Persom nawet szans w jednym secie i szybko wygrali z nimi 3:0. Po nim właśnie podeszliśmy śmiało do barierek. Ja jeszcze szybko założyłam koszulkę Skry i byłam zadowolona. Po chwili Niko do nas podszedł i przywitał się z Kacprem, a potem z nami. Zrobiłam sobie z nim zdjęcie. Potem Paulina. Niestety długo nie porozmawialiśmy, ponieważ miała się rozpocząć ceremonia otwarcia Memoriału. Staliśmy przy barierkach i słuchaliśmy jak Magiera przedstawia wszystkie drużyny, a oprócz nich była jeszcze Japonia no i oczywiście Polska. Po odsłuchaniu i odśpiewaniu Mazurka Dąbrowskiego poszliśmy na swoje siedzenia. 

- I jak się bawicie? 
- My jak zawsze zajebiście. - Powiedziałam z uśmiechem. - Spytaj Kamilę.
- Zajebiście to za mało powiedziane. - Powiedziała szybko. 
Zareagowaliśmy na to śmiechem. 
- To jest jej pierwszy mecz reprezentacji. 
- Serio?! 
- mój drugi. - Dodałam.
- Jak to?!
- Pytaj naszych rodziców. - Odpowiedziała moja przyjaciółka. 

Niedługo nadszedł moment, kiedy usłyszałam "Zawsze tam gdzie ty". Łzy napłynęły mi do oczu. Siatkarze się rozgrzewali, a my na stojąco z barwami wysoko uniesionymi w górę zaczęliśmy śpiewać. To był moment, na który czekałam od maja. Po zaśpiewaniu z całą halą ponownie usiedliśmy.


- Czekałam na ten moment od maja! Jak byłam w Ergo Arenie to nie puścili. - Jęknęłam. 
- No co ty? Toć to świętość. 
- No wiem! O matko aż mam łzy w oczach. - Zaśmiałam się.
- A jak się zjeżyłaś. - zauważyła Kamila. 
- Co się dziwisz. - Uśmiechnął się Kacper. 
- Nieczęsto w roli kibica co? - Spytałam.
- No nie, ale atmosfera za każdym razem to petarda. 
- No wiem. - Uśmiechnęłam się. 

I po kilku minutach nadszedł czas na odśpiewanie hymnów. Najpierw jak zawsze hymn gości, czyli Japonii, a potem Mazurek Dąbrowskiego. Jak zawsze a capella i jak zawsze to była magia w tym momencie. Usiedliśmy na krzesełkach. 
Zaczęli przedstawiać podstawowe szóstki. Mecz rozpoczęliśmy podstawowym składem. Na rozegraniu był Drzyzga, na ataku Kuraś, na środku Bieniek i Pit, na przyjęciu Michał Kubiak i Buszek, a na libero tradycyjnie Paweł Zatorski. Jednak było widać, że nasi podstawowi zawodnicy mieli dość ciężkie nogi i grali troszeczkę ospale, co odzwierciedlał wynik 19:16 i 25:24 dla Japonii. nasze Orły jednak postawiły w dość nerwowej końcówce się odgryźć i wygrali pierwszego seta na przewagi 28:26.
W kwadracie dla rezerwowych stał Włodarczyk i ciągle z Karolem i Andrzejem się naszą stronę patrzyli. Zauważyłąm to. Kamila tak samo.

- Spokojnie Domcia. - szepnęła.
- Właśnie, nie zwracaj na niego zbytnio uwagi. - poparł Kacper. 
- Dzięki. - Mruknęłam. 

Nie była to dla mnie łatwa sytuacja, ale jakoś udało mi się skutecznie odwrócić uwagę od niego i skupić na meczu. 
W drugiej partii początek gry po naszej stronie wyglądał zdecydowanie lepiej niż po stronie Japończyków. W drugiej połowie seta przy stanie 15:12, Antiga mógł odetchnąć i zaczął rotować składem. Po udanych atakach Kurka zastąpił Dawid Konarski, a Fabiana Drzyzgę Grzesiek Łomacz, a za Buszka pojawił się Artur Szalpuk. Okazało się, że gra z tymi zawodnikami okazała się jeszcze lepsza niż dotychczas. W partii wygranej do 15 było widać, że mistrzowie świata grają na co dzień w innej lidze niż Japończycy.
W trzecim secie pojawił się dawno nie widziany na parkietach, wykluczony dotychczas przez kontuzję Karol Kłos, a na libero pojawił się Piotrek Gacek. Dalej też grał Artur Szalpuk. Graliśmy na spokojnie, bez żadnej nerwówki. Set zakończył się 25:18. Wygraliśmy 3:0.
To była euforia wszystkich kibiców zebranych w hali. Szybko z Pauliną zeszłyśmy do barierek. Wiadomo Kacper wbił się na boisko, więc on nie musiał się przepychać przez setki kibiców. Ja zaś w końcu doczekałam się wymarzonego zdjęcia z Stephanem Antigą, autografu Pita oraz Marcina Możdżonka. 

- Mama do mnie pisze. Już czekają na parkingu. 
- Dobra to się zwijamy. Ale gdzie jest Kacper? - Spytałam. 
- Gada z Karolem, Andrzejem i... Włodim. 
- Zawołam go. - podeszłam do maksymalnej bliskości. - Kacper! 

Chłopak usłyszał to i podszedł do nas. 

- Co jest? 
- My już będziemy uciekać, bo rodzice Kamili czekają już na parkingu. - Powiedziałam.
- Już? Szkoda... - mruknął. - No nic jedźcie ostrożnie, co? 
- Siema gwiazdy! - Podeszła święta trójca, a odezwał się Wrona. 
- O ile pamiętacie, to jest Dominika a to Kamila. Koleżanki z Gdańska!
- A tak pamiętam! - Zawołał Karol. - Tylko tym razem nie zabij mnie wzrokiem.- zaśmiał się Karol do Kamci. 
- Spoko, tym razem funkcja bazyliszek wyłączona. - zawtórowała mi. 
- O widzę Dominika koszulka Skry. 
- A jak.  - Uśmiechnęłam się do Kłosa. 

Do Włodarczyka żadne z nas się nie odzywało, co było plusem, chociaż i tak czasami nastawała niezręczna cisza. Zrobiłam nam wszystkim selfie. Każdy szczerzył się jak głupi do sera. 

- Jak się mecz podobał? - w końcu spytał. 
- Wyglądał trochę jak towarzyski meczyk dla was, ale był świetny. - Uśmiechnęłam się i spojrzałam na Karola. 
- Prawie łatwo i szybko i po bólu. - dodała moja przyjaciółka. 
- Dobra my serio musimy się zwijać. 
- No dobra, to do zobaczenia wkrótce mam nadzieję.
- Na pewno. - Zaśmiałam się. 

Przytuliłyśmy się mocno z Kacprem, Andrzejem i Karolem. Spojrzałam na Wojtka. Ten na mnie. Zmierzyliśmy się jedynie wzrokiem. W końcu z przyjaciółką wyszłyśmy stamtąd. Jednak nasz spokój nie trwał krótko. 

- Dominika! - usłyszałam wołanie.
- Czy to... - szepnęła Kamila.
- Nieeee. - jęknęłam. 

Odwróciłam się i moja intuicja mnie nie zawiodła. Wojtek. 

- Co? - Spytałam. 
- Telefon byś zgubiła gapo. - powiedział i mi go oddał. 
- A. Dzięki. Patrz nawet nie poczułam, że mi wypadł. Skąd wiedziałeś, że to mój? 
- Wziąłem swój i zadzwoniłem. - odpowiedział z delikatnym uśmiechem. 
- W sumie nie najgorsza opcja. Dzięki. - mruknęłam i się zawróciłam. 
- Dominika. 
- Czego jeszcze dusza pragnie? - Spojrzałam na niego. 

Czułam, że zaraz nadejdą mi łzy do oczu. Wzięłam głęboki oddech. 

- Fajnie było cię widzieć. 
- Nie powiedziałabym tego samego o tobie. - rzuciła moja przyjaciółka. 
- Kamcia...
- Nie. - wtrąciła. - Za to, jak potraktowałeś moją przyjaciółkę powinieneś w ryj dostać. I to tak, żebyś w końcu zszedł na ziemię, panie gwiazda. - warknęła. 
- Już dostałem. Od Domci. Po za tym to nie twoja sprawa. 
- Moja, bo ja ją przyciągnęłam niemalże za chabety na tą pieprzoną plażę Gotyku, żebyście się w końcu ogarnęli oboje. Ale jak widać nie byłeś warty ani sekundy. A dostałeś to chyba jeden raz za mało. 
- Dość! - krzyknęłam, kiedy Wojtek chciał coś odpowiedzieć. - Szkoda słów i nerwów na niego Kamcia. I tak go to nie zmieni. 
- Skąd wiesz? - Usłyszałam go. 
- Bo już raz się przejechałam jak Zabłocki na mydle. Podziękuję. - warknęłam. 
- I tak cię dopadnę! - warknęła.
- Idziemy. - wzięłam ją za rękę i szaprnęłam. 
- Domcia... - jęknął. 
- Masz coś jeszcze do dodania? Bo jak tak to lepiej by było na ring przejść. - Powiedziałam. - Jak nie to do bardzo nie szybkiego zobaczenia. Albo najlepiej, żadnego. - dodałam i poszłam.

Cudem udało mi się zaciągnąć Kamilę do samochodu, ale na szczęście wtedy się uspokoiła i mogłam już tylko marzyć o tym, żeby wrócić do domu. 



sobota, 27 lutego 2016

Rozdział 15: Fajny dzisiaj dzień.

Było zakończenie roku. Spóźniłam się na nie, ale na rozdanie świadectw w sali zdążyłam. Po przejrzeniu wszystkich ocen, stwierdziłam, że się postarałam. Nauką zabijałam wolny czas, żeby nie myśleć o Nim.
Wieści o tym całym cyrku rozniosły się bardzo szybko. A to za sprawą Kamili, która powiedziała wszystko Kacprowi, a ten całej reszcie. W sumie i tak się przenosił do Lubina, więc było mu wszystko jedno. Co nie zmieniło faktu, że przynajmniej raz dziennie próbował się ze mną skontaktować. Ja nie chciałam tego kontaktu. Byłam zbyt wściekła na niego za te kłamstwa, za mydlenie oczu.
Rozpoczął się najlepszy okres w roku każdego ucznia. Wakacje. Taaak to było coś, czego zdecydowanie potrzebowałam najbardziej. A w szczególności, gdy pogoda była wymarzona. Około 30 stopni, słońce, bezchmurne niebo. Z tego trzeba było korzystać. Umówiłam się z koleżanką z klasy i pojechałyśmy na plażę. Wybrałyśmy Stogi. Spodziewałyśmy się tłumu tam, ale to było nasze ulubione miejsce i do opalania i do kąpania, mimo że okolica byłą nieciekawa.

- I co niedługo na Opener'a? - spytałam uśmiechnięta.
- Jezu nie mogę się doczekać, to będzie coś wielkiego.
- Nasz pierwszy festiwal. - odpowiedziałam z uśmiechem. - Rozkładamy się bardziej przy wodzie jak znajdziemy miejsce, po środku, czy przy trawie? - spytałam.
- Nie wiem, byle coś szybko i blisko, bo piasek zaczyna parzyć i to nie na żarty! - Pisnęła.
- Ooo zaczęłam to odczuwać. Dawaj tutaj, jebać to. - Zaśmiałam się.

Szybko przebiegłyśmy kawałek i się rozłożyłyśmy. Zdjęłam szorty i bokserkę. Byłam w stroju kąpielowym już. Natalia po chwili zrobiła to samo. Nasmarowałyśmy się różnymi preparatami do opalania, żeby nie zjarać się na raczka.

- Idziemy zobaczyć wodę? - Spytałam.
- Pewnie! - Odpowiedziała z entuzjazmem.

Szybko pobiegłyśmy do wody. Była idealna! Zaczęłyśmy się chlapać i bawić. Od czasu do czasu zerkałyśmy na nasze rzeczy, żeby skontrolować, czy nikt podejrzany się nie kręci. Ale wszystko było w porządku.

Nieopodal było rozstawione boisko do siatkówki plażowej. Podeszłyśmy z ciekawości tam zobaczyć.

- O dziewczyny umiecie grać w siatkówkę? - Usłyszałyśmy jakiegoś chłopaka.
- No tak nawet. - Odpowiedziałam.
- A koleżanka?
- No też w miarę.
- A chcecie dołączyć? Mamy braki.

Spojrzałam na swoją kumpelę z uśmiechem. Ta parsknęła śmiechem.

- No dobra, zagramy, tylko przyniesiemy tu swoje rzeczy, więc dajcie nam chwilę.
- No spoko to czekamy. - Odpowiedział wysoki brunet.

Szybko poszłyśmy do naszego miejsca. W pośpiechu zebrałyśmy swoje manatki i poszłyśmy w umówione miejsce.

- Meldujemy się.
- O świetnie. Podajcie dziewczyny swoje imiona.
- Dominika.
- Natalia.
- Miło nam. - Podaliśmy sobie ręce. - Wojtek.

Westchnęłam głośno na wymówione imię i spojrzałam na Natalię. No Domcia masz szczęście do chłopaków z tym imieniem, pomyślałam

- To według jakich zasad gramy? - Spytałam,
- Gramy w sześcioosobowych drużynach. Granice boiska są wyznaczone. To w sumie na tyle. - Wzruszył ramionami.
- No dobra to z kim jesteśmy w drużynie? - Spytała moja kumpela.
- Ze mną, z Mateuszem - wskazał na drugiego chłopaka. - z Anią i Marcinem. - pokazał dwie ostatnie osoby.

Potaknęłyśmy i poszłyśmy za nimi na boisko. Mnie ustawili na środku pod siatką, a Natalię po mojej lewej. I zaczęła się gra. Powiem szczerze, że tak jak fajnie mi się grało z tymi ludźmi, tak z nikim innym. Co prawda było to dla funu, ale frajda z wygranej była ogromna. Byłyśmy z Natalią całe w piasku, ale byłyśmy wybawione, Nim się obejrzałyśmy, ściemniało się.

- Dobra my się będziemy powoli zwijać. - Powiedziała w końcu Natalia.
- Zmęczone? - Spytał Mateusz.
- Trochę. - Zaśmiałam się.
- No dobra. To dzięki wielkie za grę. Fajnie było.
- A zgadzam się. Było. - Uśmiechnęłyśmy się obie.

Poszłam ubrać szorty i bokserkę. Na to cienki sweterek. Kumpela podążyła moim tropem. Pożegnałyśmy się z ludźmi i poszłyśmy na tramwaj.

- Nie chcę nic mówić, ale już czuję tę naszą opaleniznę.
- Daj spokój, jak się jutro z bólu nie zesram to będzie cud. - Stwierdziłam.- Ale fajnie się grało.
- A jak się dogadywałaś z Wojtkiem? - Spytała.
- Daj spokój, usłyszałam to imię to mi się w kieszeni scyzoryk otworzył, którego nie mam. - spojrzałam na nią
- Widziałam twoją minę. Była bezcenna. A coś się odzywał?
- A nie wiem. - odpowiedziałam i wyjęłam telefon. - Wysłał esa, że chce się spotkać.
- Może spotkaj się z nim dla świętego spokoju.
- Niedoczekanie jego. Tu nie ma już czego zbierać. - stwierdziłam.
- Dobra popełnił prawdopodobnie największy błąd swojego życia.
- Daj spokój Natalia.
- Ale Domcia.
- Nie chce mieć z nim nic wspólnego dobra? - Spytałam.
- Nie za ostro jedziesz teraz? Okłamał cię, okej ,ale chce to naprawić, to powinnaś chociaż usłyszeć jego wersje wydarzeń.
- Kiedy ja nie mam ochoty jej słuchać. - Powiedziałam szczerze i na przystanku ubrałam trampki.
- Jak wolisz, ale coś czuję, że będziesz potem tego żałowała. Zaszalej trochę. Są wakacje, dziewczyno!
- To nie znaczy, że mam się bawić tak, żeby za dziewięć miesięcy szukać tatusia. - Odpowiedziałam.
- Wiesz, że nie o tym mówię.
- Wiem... Na razie po prostu staram się to przeboleć. - Usiadłam na ławce.
- Domcia... - westchnęła koleżanka.
- Ja wiem, że jak się z boku patrzy to łatwo powiedzieć, żeby ruszyć dalej, ale to nie jest takie proste. Nie dla mnie. Musiałam sobie cholera jasna zrobić nadzieje jak jakaś idiotka. - Jęknęłam.
- Dominika nie tylko ty zrobiłaś sobie nadzieję, ale i on Ci ją zrobił. I moim zdaniem to za to powinien w ryj od ciebie dostać raz a porządnie. - Stwierdziła. - A zapewne byłoby tak, że gdybyś go zobaczyła, to byś uroniła kilka łez, on by powiedział parę słówek i byś mu wybaczyła.
- Niedoczekanie jego. - Prychnęłam. - Dobra zależało mi na nim, ale bez przesady, serio myślisz, że aż taka słaba jestem?
- Trochę szybko cię omotał Domcia.
- Dzięki Bogu lub nie czar szybko prysł. - Mruknęłam pod nosem.
- Mówię ci, jakiś letni romansik ci nie zaszkodzi. I niech to będzie ktoś normalny, a nie pożal się Boże siatkarz. - Zaśmiała się i poklepała mnie po ramieniu.

Mimowolnie jej zawtórowałam. Ona miała rację. Nie mogłam rozpaczać z jego powodu. Nie aż tak. W końcu przyjechała ósemka i pojechałyśmy do Głównego. Spojrzałam na zegarek w telefonie. Była 20:30.

- Jest w pół do dziewiątej. - powiedziałam zdziwiona.
- No co ty, ąz tak późno!? To nieźle nas tam wciągnęło.
- No - Zaśmiałam się cicho. - mamy o 21:00 autobus.
- A zdążymy?
- Jo 20 minut tylko się jedzie, więc na spokojnie.
- To pół biedy, ale wiesz co? Głodna jestem.
- Daj spokój już tyle wytrzymamy.
- Ale fajny dzisiaj dzień był, nie?
- No bardzo.- Zaśmiałąm się
- No w sumie. A co u Kamili?
- Szykuje plan zemsty na Włodarczyka razem z Kacprem i resztą. Pochłonęło ją to. - Zaśmiałam się.
 - Chyba trzyma się jednej kluczowej zasady.
- Jakiej? - Spytałam.
- Złamiesz mojej przyjaciółce serce, to złamię ci kark.
- A to tak. to jest złota zasada. - Zaśmiałam się. - e tam mi na zemście nie zależy jakoś specjalnie tak w sumie.
-Ale chyba Kamila nie zamierza mu podarować.
- To wiem. I chyba mogę się tylko domyślać co ona ma w planach. - Mruknęłam.

Po około dwudziestu minutach dojechałyśmy do Dworca Głównego. Poszłyśmy na przystanek autobusowy. Czekałyśmy około 10 minut na nasz autobus i pojechałyśmy do domu. Przejrzałam swojego intagrama. Nic się ciekawego na nim nie działo. Natalia wysiadła dwa przystanki przede mną.
Wysiadłam po kilku minutach na swoim przystanku i skierowałam się do swojego bloku. Nie lubiłam chodzić sama, gdy było już ciemno. Szczerze się bałam. Przed bramą zobaczyłam jakiś ciemny samochód. Weszłam dość niepewnie na swoją posesję i skierowałam się do swojej klatki. Zapaliłam światło.

- Hej sorki, że tak późno, ale zasiedziałyśmy się z Natalią na plaży.
- Tak myślałam. I co wyszalałyście się?
- No grałyśmy w siatkę z jakimiś przypadkowymi ludźmi. Fajnie było. Nawet bardzo. - Zaśmiałam się. - Ale nie chcę sobie wyobrażać, jak jutro będę kwiczała.
- Nie wyglądasz źle. Gdyby miało cię zjarać to już byś dawno była czerwona jak rak. - Stwierdziła mama. - W ogóle mamy gościa.
- O matko boska a kogo? - Spytałam zaskoczona.
- Czeka w salonie. Powiem ci mała, że jeśli o niego chodziło...
- No chyba sobie kurwa ze mnie jaja robicie. - powiedziałam zszokowana i szybko poszłam do salonu zanim mama zdążyła coś powiedzieć na moje słownictwo.  - WYNOŚ SIĘ Z MOJEGO DOMU.
- Domcia daj mi wytłumaczyć.
- W dupie mam twoje tłumaczenia! Jeśli do cholery jasnej myślałeś, że wyrwiesz sobie kolejną naiwną  laskę na wakacyjny romansik, to się grubo myliłeś! A teraz wypieprzaj! - niemalże krzyczałam ze łzami w oczach.

Ten bez słowa wstał. Spojrzałam na swoich rodziców. Patrzyli na nas z rozdziawionymi buziami. Posłałam morderczy wzrok na Włodarczyka.

- A byłabym zapomniała. - Powiedziałam, gdy go niemal siłą odprowadziłam do drzwi.

Spoliczkowałam go najmocniej jak tylko potrafiłam. Chłopak aż syknął.

- Więcej nie pokazuj mi się na oczy.  I dziękuję za spierdolenie jednego z najfajniejszych dni jakie miałam ostatnio. - dodałam i go wypchnęłam za drzwi.

Zamknęłam je na wszystkie spusty. Oparłam się o nie. Odgarnęłam wszystkie włosy z czoła. Po chwili moja rodzicielka do mnie podeszła. Spojrzałam na nią.

- Proszę nic nie mów, bo to w żadnym wypadku nie polepszy sprawy. - Wyszeptałam.
- Nie mam zamiaru. - odpowiedziała i pogłaskała mnie po ramieniu.

Nie wiadomo dlaczego uroniłam kilka łez. Patrzyłam się w jakiś punkt na ścianie. A był to taki fajny dzień.


______________________________________________

Hejka! Wiem, że minęło sporo czasu odkąd tu ostatnio coś dodawałam, ale miałam kompletny brak weny na cokolwiek. Mam nadzieję, że mi wybaczycie tę długą przerwę :(
Jak wam minęły ferie?
Ja właśnie je kończę i powiem szczerze, że nie chcę m i się tak iść do szkoły, że nie macie pojęcia :/
Mam nadzieję, że powyższa treść się Wam mimo wszystko spodobała i mam nadzieję, do szybkiego następnego! :)